wtorek, 6 listopada 2012

'Don't bend, don't break, baby, don't back down...'



23.10.2012r.

Od samego rana pada śnieg, chlapnęła mi w twarz ta breja o 5.30 kiedy szłam do pracy… teraz jest już wszędzie biało i wciąż wali z nieba konkretnie. Jeszcze półtora miesiąca temu siedzieliśmy w górach na balkonie w minimalnej warstwie odzieży bo upał sięgał 30 stopni a teraz trzeba kurtki zimowe wyciągać. Jak zwykle sprzeczne uczucia. Pierwszy śnieg zawsze wywołuje u mnie ciepło w środku. ZAWSZE. Od razu wchodzą do głowy obrazy choinki, światełek, ciepły klimat świąt, ta atmosfera, którą w reszcie chciałabym poczuć. Przeżyć prawdziwie wzruszającą Wigilię, z kimś najważniejszym. Jak było do tej pory? Za małolata Wigilię spędzaliśmy tylko w wąskim gronie, ja rodzice i rodzeństwo. Zawsze zazdrościłam tym, którzy organizowali Święta całą rodziną, ciotki, wujkowie, dziadkowie, kuzyni, kuzynki… kupa ludzi jednym słowem. Tak chciałam. Takie Święta zawsze były u Ex. Zjeżdżała się jego rodzina, kuzyni z malutkimi dziećmi. Pierwszą Wigilię spędziłam x Ex i jego rodziną dwa lata po śmierci mojej mamy. Cieszyłam się jak głupia na wspólną kolację w tak dużym gronie, w momencie otwierania prezentów bywało tak głośno, że chyba nikt nikogo nie słyszał a i tak każdy gadał :) Było prawie idealnie. Prawie. Dlaczego? A no dlatego, że Ex nie lubił rodzinnych spędów. Co rok było to samo. Dwa tygodnie przed Świętami, tydzień, wszystko super, przygotowania, planowanie, kupowanie prezentów, no czuje się ten klimat czy się chce czy nie, zawsze się w niego wpada. Źle najczęściej zaczynało się dziać dzień przed Wigilią. Wystarczyło jedno spojrzenie na wyraz jego twarzy żebym wiedziała, że to już się dzieje. Nerwy wywoływało nawet to, że miał wybrać w co się ubierze na kolację. Z  każdego roku, przez te dziewięć lat mam do opowiedzenia jakąś smutną, Świąteczną historię. Tych z początku kiedy się spotykaliśmy już nie pamiętam, ale nigdy nie zapomnę jak się cieszyłam kiedy WRESZCIE, pierwszy raz od dawna Wigilia nie skończyła się awanturą. W pierwszy dzień Świąt pojechaliśmy do mojej rodziny na obiad, taka tradycja już- imieniny cioci Ewy itd. :) Wszystko pięknie, super, ekstra. Żadnych zgrzytów, chłopaki z wujkami opracowywali jakieś procenty. Dzień udany jak rzadko. Wracaliśmy do domu, Ex po procentach, odwoził nas mój brat, który za Ex nigdy nie przepadał (i vice versa) jego żona i mała córeczka. Drogi do domu było ze 20 minut, wywiązała się jakaś wymiana zdań między chłopakami, dyskusja, no niby wydawałoby się że rozmowa dwojga dorosłych ludzi, trochę nerwowa ale oni zawsze tak ze sobą rozmawiali. Ładnie się pożegnaliśmy, w zgodzie rozstaliśmy możecie sobie tylko wyobrazić moje zdumienie kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania i od razu usłyszałam tyradę pretensji, nawet nie wiem o co, pamiętam, że nie wierzyłam własnym uszom, że to znów się dzieje. A było tak zajebiście. Nie reagowałam, nie chciałam wdawać się w dyskusję ale to go chyba jeszcze bardziej nakręcało. Zabrałam ubrania i poszłam do łazienki się przebrać, nawet nie zamknęłam za sobą drzwi na zamek a ten idiota się wściekł i zaczął krzyczeć, żebym się nie zamykała przed nim jak do mnie ‘mówi’. Wybił szybę w drzwiach gołą ręką. Nie raz już mu się zdarzało coś zbić, lustra potłuczone były wszędzie. U nas, u jego matki w domu, w mieszkaniu które kiedyś wynajmowaliśmy też rozbił jedno ale tym razem byłam w kompletnym szoku, mógł zrobić mi krzywdę, łazienka jest maleńka więc kilka odłamków mnie trafiło. I za co? Za to, że nie chciałam znów się kłócić, że chciałam przemilczeć, poczekać aż się uspokoi. No to się uspokoił… Najczęściej w takich sytuacjach reagowałam gniewem, krzyczałam na niego, wyzywałam od najgorszych, wszystko z nerwów wiadomo. Pamiętam, że na tym się nie skończyło, walił tą rozwaloną ręką po meblach, w kuchni o ścianę. Wszystko było zachlapane krwią, ściany, podłoga, jasny dywan w przedpokoju… Nie byłam zła, po prostu nie wierzyłam, że to się dzieje. Bez nerwów powiedziałam mu żeby się uspokoił bo zrobi sobie krzywdę, nie pamiętam co mówił, czy krzyczał ale chyba tak. Założyłam buty i wyszłam. Szczęście w nieszczęściu, że miałam klucze od mieszkania jego mamy, która spędzała Święta u swojej mamy i tam nocowała w ten podczas. Mam nadzieję, że nikt z Was nie wie, co się czuje w takiej chwili. Zamiast cieszyć się swoim towarzystwem w taki wyjątkowy czas, zamiast leżeć w ciepłym domu, przy choince rozmawiać o pierdołach, albo śmiać się po raz setny oglądając Kevina ja łaziłam po osiedlu, w mróz, po ciemku i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wyszłam z domu, żeby nie patrzeć na koszmar, który dział się przecież nie pierwszy raz. Zaczęłam płakać dopiero kiedy zadzwoniłam do jego mamy i opowiadałam jej co się stało. Powiedziała, że bez problemu mogę iść do jej mieszkania i tam przenocować. Niedługo przyszła siostra Ex ze swoim chłopakiem i naszą wspólną koleżanką. Wszyscy doskonale wiedzieli jaki on jest, że jest nerwowy, porywczy a jak wypije i coś mu się nie spodoba to już koniec. Współczuli mi, nie raz słyszałam z ich ust, że dziwią się, że ja jeszcze wytrzymuję. A to jest naprawdę dobry chłopak, tylko ma problemy, które zaczęły się już w dzieciństwie.
Dopiero po jakimś czasie kiedy spojrzałam w lustro w łazience zauważyłam zadrapania od szkła na czole i nosie, których nawet nie czułam wcześniej. Kilka strupków było też na rękach. Takie rzeczy zostają w człowieku na zawsze. Czasem przychodzi czas, że muszę to z siebie wyrzucić i  wyrzucam to po raz kolejny, tutaj, bo wciąż kiedy myślę o Świętach cieszę się, że nadchodzą, a za chwilę pojawia się ten lęk. Wiem, że w tym roku tak już nie będzie. Będzie spokojnie, nic złego się nie wydarzy, ale w tym roku boję się czegoś innego. Boję się tego uczucia samotności, wiadomo, że nie będę sama. Jest rodzina, kilkoro znajomych z którymi można się spotkać ale nie ma TEJ osoby. Chyba nie jestem w stanie żyć sama tylko dla siebie. Nie umiem dać sobie czasu. Chcę już, teraz, natychmiast. A może to jest naturalne?   Może i jest, tylko dlaczego tylu ludzi, którzy są sami, nie mają drugiej połówki  daje radę, nie łamią się a ja tak nie potrafię? Co ze mną jest nie tak?   
Zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory zawsze dostawałam to czego chciałam. Jak się na coś uparłam to kombinowałam, krążyłam chodziłam i robiłam wszystko żeby to dostać i udawało się. M. jest pierwszą ‘rzeczą’ której nie jestem w stanie zdobyć, jest poza zasięgiem i nie mam na to wpływu. W tej chwili to jest najgorsze, że On jest gdzieś tam, a ja nie mogę zrobić nic, żeby Go mieć. Co jest najgorsze na przyszłość? To, że boję się, że nie będę potrafiła odpuścić a  On zawsze będzie tym którego chciałam a nigdy nie dostałam.


6 listopada 2012r.


Miałam się ustosunkować do Twojego komentarza Mary pod ostatnim rozdziałem, tym na temat chuja :) Być może masz dużo racji, ja nie potrafię się obiektywnie ustosunkować do Jego osoby ani zachowania. Dla mnie jest tym, którego kocham. NIGDY wcześniej czegoś takiego nie czułam. Kilka dni temu rozmawialiśmy na gadu, wyszło tak, że napisałam mu wszystko co czuję, pomimo rad Roberta, który mi mówił, żebym tego nie robiła bo po co skoro M. i tak ma to w dupie. Napisałam, WSZYSTKO. Zapytał się mnie jak to jest możliwe, że się w nim zakochałam, dlaczego. Napisał, że On na to nie zasługuje. Przeprosił mnie, konkretnie w sumie nie wiem za co. Powiedział, że cieszy się, że mnie poznał. Tyle.
Kilka dni później M. zasunął mi takiego kopa, pewnie nawet nieświadomie, że myślałam, że już się z tego nie podniosę. Przepłakałam kilka dni, nie przespałam kilku nocy, biedny Robert ciągle czytał te moje lamenty, pisał ze mną po nocach, praktycznie codziennie. Pocieszał, próbował mnie z tego wyciągnąć prośbą, groźbą.  Okazało się, że ten zajebiście bolesny kopniak odbił mnie od dna.  Uświadomił mi, że ja i On to przegrana sprawa, przynajmniej na ten czas a ja nie mogę czekać. Nie mogę czekać bo to mnie dobija. Nie pozwala mi się podnieść i iść dalej. Przestałam się zastanawiać dlaczego tak jest, czemu to właśnie On jest tym, który siedzi mi w głowie i sercu tak głęboko. Przestaje pomału się tym dręczyć. Kiedy zaczynam o nim myśleć wchodzę na profil fb i oglądam ich wspólne zdjęcia… może pomyślicie, że to znęcanie się nad sobą, na początku tak było a teraz to i pomaga racjonalnie myśleć. Pomaga mi przyswoić sobie niezaprzeczalny fakt, że On jest ze swoją dziewczyną, nie ze mną i nie ma sensu dłużej się tym gnębić.  Mam świadomość, że teraz tak piszę a pewnie jeszcze nie raz będę beczeć, przechodzić załamki, tęsknić. Nic na to nie poradzę, mogę jedynie się tylko starać dusić to w zarodku kiedy tylko poczuję, że zbliża się kryzys. Jak wyjdzie? Zobaczymy.

W tej chwili jest na tyle dobrze, że zaczęłam myśleć o kimś innym. Tak, tak pojawił się ktoś w mojej głowie, bo jak to mówią ‘klin- klinem’ Podobno ta metoda działa, czy ją wypróbuję? Jeszcze nie wiem. Na razie jestem na etapie rozważania za i przeciw. Pewnie ten z Was, kto czyta mojego bloga od początku i zna już trochę perypetie z facetami czytając to co napiszę pod spodem klepnie się w czoło i pomyśli, że jestem posrana jak nikt inny na świecie :) Dlaczego? Już tłumaczę.  
U mnie nigdy nie może być normalnie i bezproblemowo. Facet o którym zaczęłam myśleć ostatnio, to C. C jest kolegą  Ex (HA!) kumplem z pracy, który często u nas bywał przy okazji jakichś imprez np. urodzin Ex, sylwestra itd. No i to chyba mój główny problem. Oni razem pracują, kumplują się, spotykają, mają wspólną pasję- motory… Słyszałam, że między facetami jest coś takiego, taka niepisana umowa, że byłej kumpla się nie tyka :| A może to stereotyp? Może sama sobie to wymyśliłam ze strachu? Sama nie wiem przed czym. Niby chcę, lubię go bardzo, podoba mi się fizycznie i wewnętrznie. Jest osobą bardzo optymistyczną, nigdy nie widziałam go złego, smutnego, nigdy nie słyszałam żeby na kogoś krzyczał lub mówił o kimś źle. Totalne przeciwieństwo Ex! Ciągle pełny energii, czasem śmialiśmy się w naszej paczce, że C ma ADHD :) ciągle latał za piłką, bawił się z dzieciakami znajomych, skakał na trampolinie, wiecznie wszędzie go było pełno… No i właśnie niby chcę a jednak coś mnie powstrzymuje od zrobienia pierwszego kroku. Trochę zniechęcił mnie Robert. W pierwszej wersji powiedział, że w sumie to nie mam nic do stracenia, później jednak napisał, że jego zdaniem nie powinnam się w to mieszać bo jednak Ex może być sporym problemem. Może nie bezpośrednio, wydaje mi się, że nie powinien mieć z tym problemu, jednak dla C. mogłoby być to krępujące i niezręczne, w tej kwestii się z Robertem zgadzam. Rozmawiałam też z Kasią, która zna C. tak samo jak ja. Razem bywaliśmy na tych samych imprezach i ona z kolei od początku jak tylko jej o tym powiedziałam stwierdziła, że ‘nie’. To nie jest dobry pomysł, dopiero później kiedy dłużej pogadałyśmy zaczęła się nad tym głębiej zastanawiać ale czuję, że tak jak Robert nie pochwala tego. Parę dni temu spotkałam się z Agatą, koleżanka z naszej paczki, która razem ze swoim facetem pracuje z Ex i C. i o dziwo bardzo się ucieszyła, że to właśnie C. chodzi mi po głowie. Od razu zaoferowała się, że może mu szepnie słówko w pracy na mój temat, czego ja jej absolutnie zabroniłam. Wymusiłam na niej przyrzeczenie, że nikt, nawet jej facet ma się o tym nie dowiedzieć. Podejrzewam jednak, że Marek (jej facet) się dowie, wątpię, że będzie aż tak twarda i nie podzieli się z nim tą ‘radosną nowiną’. Jej optymizm mnie powalił. Zaczęła gadać, że jakby tak spojrzeć to pasowalibyśmy do siebie i że ‘ale by było fajnie’ prawie, że podskakiwała z radości heheh ale to też jest totalna optymistka, prawie jak C. Ona tam nie widzi problemu, że chłopaki razem pracują i wgl no NIE WIDZI PROBLEMU. Tak więc realnie patrząc jest 1:1 Agata za, Kaśka przeciw. Z wirtualnych doradców: Rob przeciw. Z Moniką nie rozmawiałam na ten temat. Ostatnio miałyśmy znów ciężką wymianę zdań, ale powoli zaczynam wychodzić na prostą i mam nadzieję, że i z Nią w końcu wyprostuję sprawę, przynajmniej częściowo. Ciekawa jestem jej opinii na ten temat.
Na razie bilans wychodzi ujemny. A jakie jest wasze zdanie w tej kwestii?

Znów jest skrajnie. Z jednej strony chcę, niby nie mam nic do stracenia, niczym nie ryzykuję (niby) może być fajnie, mówią, że jak nie spróbujesz to się nie przekonasz ale z drugiej strony chyba trochę sprawa z M. mnie hamuje. Z nim też tak było, też myślałam, że nie mam nic do stracenia, poszłam na żywioł, zrobiłam to co chciałam i przez chwilę było zajebiście. A później jednak straciłam coś czego się nie spodziewałam, trochę zdrowia psychicznego. Nie umiałam zachować dystansu i teraz też się tego boję. U mnie wszystko jest albo czarne albo białe. Nie umiem znaleźć złotego środka. Daję z siebie wszystko albo nic. Dlatego biję się sama ze sobą i znów nie wiem co robić. Nie chcę czekać, tracić czasu a z drugiej strony nie chce postępować pochopnie. Nie znam bardziej niezdecydowanej osoby niż ja. Znów zaczynam tragizować, zamiast wziąć po prostu telefon i napisać do Niego jednego głupiego  smsa…Sama już nie wiem czy to stereotypy, które mam w głowie mnie tak blokują czy zdrowy rozsądek podpowiada żeby nie pakować się w kolejną z góry przegraną sprawę.

No właśnie… ‘It’s my life’ :)

P.S. Miałam napisać coś od emocjonalnej strony odnośnie poprzedniego wpisu, no nie wyszło puki co. Może kiedyś. Teraz wolę o tym nie myśleć, nie przypominać sobie ciemnych spraw kiedy w końcu jest lepiej.
P.S. Co z tymi mądrościami, które mówią nam żeby iść za głosem serca?

środa, 24 października 2012

'Blame it on my A.D.D baby...'



 12.26

AWOLNATION- 'SAIL'  kiedyś już chyba było, ale jest ze mną od tych dwóch tygodni i nie chce odejść.

Jak zwykle problem z tym, od czego zacząć. A niby takie to proste, że od początku… Najchętniej wrzuciłabym tutaj wszystkie moje rozmowy z Robertem i Moniką z dwóch poprzednich tygodni, w nich jest wszystko to co chciałabym tu napisać…
Podejrzewam, że ten wpis będzie tylko zlepkiem faktów, krótkim zlepkiem. Podejrzewam bo jak wyjdzie to się okaże na koniec. Siedzę w pracy co utrudnia mi pisanie, ale skoro już był ten bodziec do napisania to napiszę, żeby mieć z głowy, ale emocji tym razem raczej nie będzie.
7 października podjęłam próbę samobójczą, jak widać nieudaną, co swoją drogą BARDZO mnie zdziwiło. A jednak, nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać. Nie napiszę tu szczegółowo co, jak i w jaki sposób. Jedyne co mogę napisać to to, że było to zaplanowane już dawno. Jedyną osobą, która wie w jaki sposób chciałam to zrobić jest psychiatra z którym rozmawiałam tydzień później. Swoją drogą trafiłam do totalnego formalisty, popytał, coś tam pogadał, przepisał antydepresanty i do widzenia. Chyba jednak psycholog byłoby lepszym wyborem… Na kolejne dwa tygodnie rodzinka zabrała mnie do siebie na wioskę, rodzinka w sensie brat, bratowa i ojciec. Oczywiście wszyscy wiedzieli co się stało, ogólnie najbliższa rodzina, Ex, M., Monika, Robert no i moja szefowa. Prawdę mówiąc chciałabym żeby wszyscy wiedzieli. Pamiętam zdziwienie Ex kiedy poprosiłam go żeby powiedział mojej szefowej co się stało, nie umiał zrozumieć dlaczego chcę żeby wiedziała. A ja po prostu już miałam dość udawania przed wszystkimi, że jest dobrze skoro nie jest.
Po pierwszym tygodniu na wiosce czułam się o wiele lepiej, dużo rozmawiałam z bratową, która aktualnie jest w 7 miesiącu ciąży więc była ze mną cały czas. Rozmawiałam z braćmi, którzy BARDZO mnie zaskoczyli, bo dowiedziałam się, że oni też mieli w swoim życiu takie załamania, może nie AŻ takie jak moje, a może i takie tylko oni po prostu mają twardszą psychikę, dlatego jakoś dali radę. Do rzeczy. Po tygodniu poprosiłam ojca żeby odwiózł mnie do domu, chciałam wrócić już do domu. Jak tylko wyszłam z mieszkania brata praktycznie od razu poczułam to napięcie. Pamiętam, że nawet nie zdjęłam kurtki ani butów, stanęłam w kiblu i zaczęłam płakać. Znów. Ryczałam i ryczałam, w końcu się ogarnęłam i poszłam z ojcem do pracy. W zamyśle było żebym tego dnia już normalnie zaczęła pracę, ale szefowa wybiła mi ten pomysł z głowy, tzn. dała mi wybór ale jej zdaniem jeszcze nie nadawałam się do powrotu i miała rację. W rezultacie po jakichś czterech godzinach byłam z powrotem u brata. Dalej jakoś poleciało. Zaliczyłam psychiatrę, przepisał mi antydepresanty i coś doraźnie na uspokojenie (co okazało się zbawienne!) i skończyła się panika.
Myśli samobójcze są, wracają. Doły są, uczucie samotności też choć już dużo mniejsze dzięki Robertowi, którego bardzo podziwiam za to co robi. Nie mam pojęcia jak On to robi, ale wciąż jest i prawie codziennie siedzi po drugiej stronie monitora i czyta te moje zrzędzenia na temat M. na temat Moniki i moich faz związanych z Nią i z sytuacją w jakiej Ją postawiłam. Stara się doradzać, pocieszać, rozśmieszać, odciąga od złych myśli. Po prostu widzę, że chce mi pomóc i myślę, że jest idealną do tego osobą, bo sam nie miał w życiu łatwo, a psychikę ma twardą więc daje rade ze mną. Sytuację z Moniką opiszę, albo nie. Może jak rozwiążę tą sprawę, to kiedyś dam radę wyjaśnić o co chodzi. JAK rozwiążę bo puki co nie mam bladego pojęcia jak to zrobić. Skrzywdziłam Monikę, zrobiłam jej straszne świństwo i sama sobie w tej chwili nie potrafię z tym poradzić. Boli i serce pęka ale mam jakąś głupią nadzieję, że czas przyniesie mi jakieś rozwiązanie. Może spojrzę na to z jakiejś innej perspektywy i poukładam wszystko od nowa JAKIMŚ CUDEM.

Pan doktor powiedział wyraźnie: unikać emocjonalnych sytuacji heh. Jak na ironię praktycznie co wieczór piszemy z Robertem o Monice, o M. a to są tylko i wyłącznie emocje. Co wieczór jest tryb płaczking taki, że później wszystko boli, z tą różnicą, że dzięki lekom to łatwiej przechodzi. Kiedy mam dość potrafię przestać płakać a wcześniej nie mogłam.
Od trzech dni jestem już w pracy, tylko pierwszego dnia było małe załamanie i kilka łez w środku dnia więc leki działają.

Tyle na dziś, mało za to treściwie w miarę.  Być może na dniach pojawi się coś bardziej od tej emocjonalnej strony... aha no i w planach mam odnieść się do Waszych ostatnich komentarzy Mary i Sueno oczywiście w temacie relacji z M. Ojjj to będzie… trudne.

środa, 3 października 2012

'I promise You...'

21.16



Piszę, kasuję, piszę od nowa i znów kasuję. Tak non stop od kilkunastu dni.  Tylko siedzę i wzdycham i eham bo czuję a nie potrafię tego ubrać w słowa i wyrzucić z siebie a nie mogę już dłużej czekać! Musze o tym pisać, mówić, wywalić to bo czuję się jak tykająca bomba.
I teraz najlepsze bo za chwilę czuję się jak wyprana kompletnie z emocji i uczuć. Nie chce mi się wychodzić z łóżka, a w pracy nie mogę usiedzieć na dupie tylko chodzę w tę i z powrotem.  Kojarzycie te sceny rodem z ckliwego dramatu kiedy jakaś emocjonalnie rozchwiana osoba siedzi na krześle i tępo gapi się przez okno? Myślę, że często teraz tak właśnie wyglądam. Czasem łapię się na tym, że ‘budzę się’ z zawieszki tylko dlatego, że zęby mnie bolą od zaciskania szczęki.
Mam otwartego laptopa, worda, piszę tą notkę, słuchawki-  w uszach gra mi ‘Praying…’ z linku na górze i zamiast pisać łapię się na tym, że patrzę w wyciszony telewizor ustawiony na kanale MTV Rock, gdzie leci coś, nawet nie wiem co… Eminem do chuja!!!

Czuję się pusta w środku, mam ochotę położyć się gdziekolwiek z muzyką w uszach i leżeć, leżeć, leżeć aż się to wszystko skończy. W rzadkich momentach kiedy mam przebłyski świadomości ‘normalnego’ człowieka myślę, że chyba mam depresję i to jakieś już dość zaawansowane stadium. Myślę, że mam depresję lub coś w tym rodzaju od chwili kiedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie tzn. ten drugi pierwszy raz, nie ten kilkanaście lat temu, tylko ten na początku tego roku. Mimo tego, że od tamtego czasu dużo się zmieniło, przeżyłam najpiękniejsze chwile w swoim życiu to nadal we mnie siedzi, bo to podobno choroba nie? Tak, myślę, że to to. Coś zatruło mi umysł i koniec. Ale ja już nie mam siły z tym walczyć, ile można? Powiecie, że dopóki jest nadzieja…
 Nie ma jej już.

Zakochałam się. Zakochałam się na zabój i oddałabym mu wszystko co tylko by chciał. Wszystko bez mrugnięcia okiem, tyle że On nie chce. Za każdym razem kiedy dzwoni mój telefon, za każdym razem kiedy słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości serce zaczyna mi bić tak szybko i mocno, że to aż fizycznie niemożliwe. Za każdym razem biję się sama ze sobą czy spojrzeć na telefon, czy pozwolić mu dzwonić i delektować się nadzieją, że może to On… tylko, że to nigdy nie jest On. Skończyły się słodkie smsy, skończyły się telefony co wieczór, skończyły się nawet rozmowy na gadu. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon kiedy ja zadzwoniłam, ostatni raz to ja wysłałam mu smsa, w którym napisałam, że się w Nim zakochałam, no i żeby być szczerą i sprawiedliwą dodam, że przedostatniego smsa też wysłałam ja pisząc, że tęsknię. Ostatni raz kiedy rozmawialiśmy na gg zapytałam co się stało bo miał kiepski opis… nie dowiedziałam się bo nie odpisał. Poniżające, upokarzające, czy tylko mi się tak wydaje?  Może dramatyzuję hmm? Mimo tego wszystkiego błagałabym Go na kolanach gdyby tylko mi powiedział, że tego właśnie ode mnie chce. Ale On nie chce, a ja już upadłam chyba na samo dno. W życiu nie pomyślałam, że coś może boleć tak bardzo. To jest autentyczny, odczuwalny fizycznie ból. W środku, tak jakby ktoś założył mi wielką, metalową obręcz na klatce piersiowej, tuż pod skórą i ją zaciskał.
Mówiłam, że będą banały i są!

Wiem, że za dużo myślę, za dużo analizuję. Wielu ludzi mi to mówiło, M. też mi to powiedział. Nic na to nie poradzę, taka byłam zawsze i nie umiem tego zmienić, to jest najbardziej autodestrukcyjna rzecz we mnie. To coś jak rak w organizmie, powoduje że człowiek sam siebie dręczy i zjada od środka. Czasem mi się udaje to wyłączyć ale tylko na chwilę. Udało mi się nie myśleć i nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze kiedy byłam z Nim. Teraz nie jestem i myślę i przetwarzam i zastanawiam się. 

Po co mnie pocałował? Dlaczego powiedział, że mnie kocha? Tylko dlatego, że oboje byliśmy pijani… w łóżku? Po co dał mi nadzieję? Przychodzą mi do głowy myśli, że dlatego bo jest typowym facetem, który powie wszystko byleby tylko dostać to czego chce. Nie wierzę w to. Może Go w tej chwili idealizuję, może kierują mną uczucia, które sprawiają, że jestem ślepa i wierzę w to w co chcę wierzyć, ale na pewno nie wierzę w to, że M. jest takim (nie przebierając w słowach) chujem. Tylko wciąż zostaje pytanie po co to wszystko? Czy zrobił to nieświadomie? Nie zdawał sobie sprawy, że tak to się może skończyć? Musiał zdawać sobie z tego sprawę bo sama mu o tym pisałam,  że boję się za bardzo zbliżyć bo później ja wrócę i będę tęsknić a On przecież ma tam swoje życie i taki mały szczególik w formie dziewczyny.

Oszalałam. 

Zawsze tak jest, kiedy jest źle. Ex przychodzi i pokazuje mi rachunek do zapłaty w ramach odszkodowania za zalanie sąsiadów a ja to pierdolę. W pracy problemy, z dnia na dzień mogę skończyć bez pracy pomimo ‘bliskiej znajomości’ z szefową- pierdolę to.
Sama siebie nie poznaję, mam ochotę położyć się i nie wstać. I niech nikt się nie waży napisać, że będzie dobrze!

Jestem popieprzoną wariatką.

P.S. Podejrzewam, że coś jeszcze dopiszę, edytuję tą notkę bo to jeszcze nie wszystko... 

Dopisane 4 października  16.22



Udało mi się wczoraj trochę popłakać. Czy mi ulżyło? Nie, ale uspokoiłam się trochę. Mam chyba taki zakodowany schemat, piszę coś pod wpływem emocji, jak jestem zła, nieszczęśliwa, wyrzucam z siebie cały syf a później się uspokajam i dopisuję to o czym zapomniałam przyćmiona emocjami.

Trochę niezręcznie mi o tym pisać, ale miało być szczerze i o wszystkim…

Nigdy nie byłam kochaną córeczką mamusi. Odkąd zaczęłam dorastać nasze relacje nie wyglądały tak jak powinny. Moja mama miała ciężkie dzieciństwo i wiem, że to dlatego była taka jaka była czyli bardzo wymagająca, nieskora do okazywania uczuć. Może wtedy za nic na świecie bym się do tego nie przyznała ale teraz widzę, że brakowało mi tego. Przytulenia, możliwości porozmawiania o wszystkim. Miała twardy charakter, była bardzo ambitna, i taka do bólu racjonalna. A ja jestem zupełnie inna od niej, choć teraz widzę sporo cech, które odziedziczyłam. Do rzeczy bo zaczynam plątać.
Nigdy nie byłam pilnym uczniem w szkole, co mamusię moją wkurwiało niesamowicie. Wiecznie pały z matematyki… Nigdy w życiu nie zapomnę tej sytuacji. Któregoś dnia, klasówka z biologii, całkowicie ją zwaliłam a poprawka ustnie, przy pieprzonej tablicy przed całą klasą. Wykułam się, umiałam wszystko ale NIGDY nie zapomnę tego stresu, babka od biologii potrafiła zabijać wzrokiem. W tej chwili bez problemu przywołuję wspomnienia jak waliło mi serce ze strachu, ręce mokre, drżące. To było chyba gorsze przeżycie niż matura ustna z języka obcego. Jedno pytanie, drugie, trzecie. Dostałam ta pierdoloną piątkę! Pamiętam, że usiadłam w ławce i chciało mi się płakać ze szczęścia.
Mam ten obraz dokładnie przed oczami, mama siedzi w pokoju w fotelu, ogląda telewizję, ja stoję w drzwiach i zaczynam opowiadać z bananem na buzi, że taki stres i że dostałam piątkę a mama na to:
‘A jedynkę z matematyki poprawiłaś?’
Już nie pamiętam ale w pierwszej chwili chyba nic nie odpowiedziałam, za to pamiętam, że po chwili jej wygarnęłam, pierwszy raz w życiu powiedziałam (raczej wykrzyczałam, zalewając się łzami- kurwa jak w filmie :|) jej co czuję i jak cholernie chujowe było to, że nie potrafiła się ucieszyć z tego mojego małego sukcesu, tylko jak zwykle wyskakuje z porażkami. Pamiętam, że zrobiło jej się głupio, chyba się nie spodziewała takiej reakcji. Ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Było mi strasznie przykro, tak bardzo, że zostało to w mojej głowie do dzisiaj. Nie mam żalu. Myślę, że nie zrobiła tego świadomie, specjalnie, nie chciała mi zrobić krzywdy, po prostu taka była, ale przez to ja mam teraz ze sobą problemy, myślę, że mam problem w poczuciem własnej wartości.

M. powiedział mi, że jestem samolubna, ma rację bo robię rzeczy, które innym mogą zrobić krzywdę. Co z tego, że mi przynoszą ulgę.
Powiedział mi, że jestem wredna, być może w żartach, nie wiem, nie zapytałam dlaczego to powiedział. Nie przypominam sobie sytuacji, w której byłabym dla Niego wredna, ale wiem że potrafię taka być.
Dlaczego o tym piszę? Bo denerwuje mnie to, że z tego wszystkiego o czym rozmawialiśmy, co On mówił do mnie i o mnie ja ciągle myślę tylko o tych złych rzeczach. Dlaczego nie potrafię się cieszyć tymi miłymi słowami, które od Niego usłyszałam? Wręcz nie wierzę w te komplementy, które mi mówił. Do tego jeszcze dochodzi sprawa braku zaufania po ostatnich przejściach z Ex…

Mam problem ze sobą, mam problem w głowie, który sprawia że jestem jak gąbka, która chłonie wszystko co złe i te złe rzeczy siedzą we mnie i karmią się tym myśleniem i jeszcze bardziej mnie to nakręca. A dobre rzeczy? Są, zauważam je, ale przelatują przeze mnie jak przez sitko, przelatują i lecą gdzieś dalej do ludzi, którzy umieją je zatrzymać, docenić i odwdzięczyć się. Ja nie umiem i nie wiem dlaczego. Pamiętam smsa od M. że On mi pisze tyle miłych rzeczy a ja nic. No właśnie!! A ja nic! I niech mi ktoś powie dlaczego? Tu mi się nasuwa tylko jedna, przerażająca mnie prawda: bo jestem jak moja matka.

To jest posrane. Mam to w środku, czuję przecież! To jest dokładnie odczuwalne, to ciepło w środku kiedy o kimś myślisz, to napięcie, które towarzyszy kiedy nie ma Go obok. Czemu potrafię to napisać tutaj a nie umiem powiedzieć Jemu?

Im bardziej jestem szczera tutaj, im więcej piszę i wyrzucam z siebie tym dokładniej widzę jak zajebiste problemy mam ze swoją głową. Nie ma co ściemniać… przerażające.

Tyle. Myślę, że to jest już mój przedostatni wpis.