piątek, 15 marca 2013

'You're my sweetheart... You're my sweetest...'


19.18

Archive- 'Goodbye'



Im dłużej nie piszę, tym trudniej później się za to wziąć od nowa… Skończyłam na początku grudnia, więc ok…

Sprawa z M. została zamknięta, definitywnie, w głowie i w sercu też. Jednak to prawda, że ‘klin- klinem’ ale to zależy też indywidualnie od każdego człowieka i od tego w co wierzy.
Nie rozmawiamy ze sobą, nie myślę o Nim, nie płaczę, nie patrzę codziennie czy jest na gadu, na fejsie. Wyleczyłam się :)
To nie jest tak, że już Go nie ma, że M. zniknął. Jest i zawsze będzie, prawdziwa miłość nigdy z serca nie zniknie, choćby było ich milion w ciągu życia, wszystkie one w nas zostają jeśli są prawdziwe :)

Pod koniec listopada odezwał się do mnie na fejsie pewien chłopak. Zagadał co tam słychać i czy go pamiętam. Hmm zawsze mnie ciekawią takie ‘sytuacje’ kiedy ktoś do mnie pisze a ja nie mam pojęcia kto to jest i najczęściej pytam wprost czy się znamy, czy tak tylko zagaduje i tym razem też tak zrobiłam ale kolega zamilkł. Nie odpisał, a na imię mu nie inaczej jak Mateusz :) tak, tak, kolejny Mateusz na horyzoncie :P W każdym razie nie odezwał się, więc głowy mi długo nie zaprzątał.

W grudniu dużo rozmawiałam z Agatą, z Kasią, z Moniką, z Robertem na temat C. i tego co robić, czy w ogóle coś robić w tym kierunku… Nasze rozważania i dumania stanęły na tym, że jak nie spróbuję to będę żałować. ZNÓW!
Pisałam już, że Agacie bardzo spodobała się wizja mnie w związku z C. więc z racji tego, że z Nim pracuje i widuje się często, postanowiła za moimi plecami przygotować mi odrobinkę grunt i Go wybadać :D
22 grudnia napisałam do niego dłuuuugiego smsa. Tak, zdobyłam się na odwagę chociaż było tragicznie ciężko, nie wiem czy nie ciężej niż wtedy kiedy pisałam do M. tą pierwszą wiadomość po latach. Napisałam, że rozmawiałam  o Nim z Agatą i piszę sama, żeby nie było jakichś dziecinnych podchodów, napisałam, że Go lubię i jakieś tam jeszcze pierdoły. Pamiętam doskonale jak przeżywałam tego smsa, ręce mi się trzęsły, biedna Monika była torpedowana wiadomościami na fejsie, bo potrzebowałam duchowego wsparcia wtedy :) Odpisał, że spoko, ale że Agata nic konkretnego mu o mnie nie mówiła… i ten drugi sms po chwili ‘Lubisz mnie? :)’  heeeeeh :D no i popisaliśmy trochę jeszcze o jakichś głupotach, żadnych konkretów w sumie. I cisza nastąpiła… Po Świętach odezwałam się do Niego jeszcze raz, wiadomo standardowe jak tam po Świętach itd. wszystko spoko, zapytał gdzie się wybieram na Sylwestra, bo słyszał, że idziemy całą ekipą na imprezę… pojawiła się iskierka nadziei, że może pójdzie z nami, może zaproponuje coś sam… i dupa. Nie chciał przyjechać do nas, innych propozycji również brak… nie powiem żebym nie była zawiedziona, BYŁAM ale przynajmniej konwersacje smsowe się nie skończyły. Agata co prawda już dostała wścieklizny, że On taki oporny, że ja tu bym chciała a nie wychodzi, mniejsza.
Któregoś pięknego dnia, jeszcze przed Sylwestrem, szanowny C. odezwał się w końcu do mnie sam. Popisaliśmy znów o głupotach, ale już zaczęła się pojawiać koncepcja ‘najbliższego spotkania’ :P w ogóle to nasze smsowanie, to taka urocza sprawa, takie podchody jak dzieci z gimnazjum :D Może głupie, ale ma swoją magię, lubię to :D
Minął Sylwester, oboje spędziliśmy Go osobno, żadnych życzeń Noworocznych,  żadnego NIC… ALE jakimś cudem nie poddałam się… ostatni rzut na taśmę. Impreza! Podzwoniłam po wszystkich znajomych, od nich z pracy i nie tylko i zorganizowałam imprezę, 7 stycznia :D tydzień po Sylwestrze- tyle wytrzymałam :P Obdzwoniłam wszystkich, C. zostawiłam na koniec bo mnie trema zjadała przed tym telefonem… i tak już wiedział od wszystkich ziomków, że imprezę organizuję, no ale i tak nie wypadało nie zadzwonić osobiście, więc wzięłam ten telefon do ręki i tak łaziłam z nim po domu i mamrotałam pod nosem co mam powiedzieć, aż w pewnej chwili zawędrowałam do łazienki, przeglądam się w lustrze, telefon jakoś przy twarzy trzymałam, a że ekran dotykowy to przypadkiem, policzkiem wcisnęłam zieloną słuchawkę, a chyba nie musze dodawać, że numer C. już był ustawiony… To dopiero było wstrząsające, jak usłyszałam sygnał połączenia!!!!!! Kurwa!!! Cud, że tego telefonu z rąk nie wypuściłam, jak się zorientowałam, że to już, że dzwonię…. O matko, to było przeżycie tego roku :D No bo przecież, co z tego, że od pół godziny chodziłam z telefonem przy uchu i wymyślałam co mam powiedzieć, NIE BYŁAM GOTOWA :PP … Odebrał… zaprosiłam, pogadałam, NAWET coś zabawnego strzeliłam :P Powiedział, że przyjedzie, skoro Go zapraszam…
To jest takie dziwne, niesamowite uczucie usłyszeć głos osoby, do której coś się czuje, usłyszeć jej śmiech… Pewnie pisze jak poroniona jakaś ale tak właśnie jest… To się czuje…
Przyszedł dzień imprezy, wszyscy dotarli, popiliśmy na umór, Agata, C. i jeszcze jeden kolega zostali u mnie na noc. Nie miałam odwagi tego dnia z Nim porozmawiać, mimo tego, że alkohol teoretycznie powinien dodać odwagi… nic się nie wydarzyło. Pochlałam konkretnie, ojjj taak, zresetowałam się. Zresetowałam wszystkie wątpliwości, cały strach i następnego dnia, na kacu, kiedy było mi już wszystko jedno, co będzie to będzie, powiedziałam mu, że powinniśmy porozmawiać :D HA! Pamiętam to, jakie to było głuuuupie heheh i jego standardowa odpowiedź ‘O czym?’ i uśmieszek dający mi do zrozumienia, że doskonale wie o co mi chodzi :D
Zapytałam Go wprost, czy chce się z kimś spotykać. Czy to, że jest od kilku lat sam to jego świadomy wybór, czy po prostu nie trafił się nikt odpowiedni. Powiedział, że to nie jest tak, że nie chce się z nikim spotykać, ale jeśli chodzi o Nas, to musi się zastanowić nad tym. Musi przemyśleć sprawę i gdyby miało coś być, to chciałby najpierw poinformować o tym Ex. Zapytałam, czy Ex jest dla niego przeszkodą, powiedział, że nie, że moja i jego wspólna przeszłość Go nie obchodzi ale jako jego kumpel chciałby Go sam o tym poinformować, żeby nie dowiadywał się od osób trzecich. Kilka razy próbował zboczyć z tematu, ale ja się nie dałam :) wiedziałam, że jeśli nie teraz, to nigdy już się na to nie zdobędę. Kilka razy zdarzyło mi się zaciąć, widział to i zaskoczył mnie pytaniem, które zadał: ‘Ciężko się o tym mówi co?’ heh powiedziałam, że tak, tym bardziej kiedy On mi tego nie ułatwia. Zreflektował się i już nie unikał odpowiedzi na moje pytania :) Powiedziałam mu, że muszę zapytać o wszystko i powiedzieć wszystko to co mi w głowie siedzi bo strasznie mnie to męczy. Niestety, tak to już z Nim jest, że znów żadnych konkretów… Powiedział, że musi się zastanowić, a ja nie chciałam naciskać. I pojechał,  a ja czekałam… i czekałam… i czekałam…
Na cokolwiek, smsa, telefon, cokolwiek, jakąś informację, czy coś postanowił, czy tak, czy nie. Dałam mu dwa tygodnie. Zdaniem jednych za dużo, zdaniem innych mogłam dać mu więcej.

W między czasie, jakoś koło 5 stycznia napisał znów do mnie Mateusz, ten nieznajomy z fejsa. Po moich bliższych oględzinach fotek, okazało się, że jednak nie taki nieznajomy jak mi się wydawało na początku. Chodziliśmy razem do szkoły średniej przez trzy lata, on do klasy razem z moją dobra koleżanką. Przypomniałam sobie w końcu, powiedział, że zwrócił na mnie uwagę od razu ale nie miał odwagi do mnie zagadać przez te lata (i w sumie dobrze, bo i tak byłam w związku z Ex, więc pewnie tylko by Go spławiła :P) popisaliśmy trochę o Sylwestrze, powspominaliśmy stare czasy w szkole i w końcu, 6 stycznia zaproponował spotkanie, napisał mi to dzień przed imprezą. Nic już nie odpisałam, nie chciałam się w coś takie wplątywać skoro w głowie był mi tylko C. nie chciałam zawierać nowych znajomości. Po co miałam zaczynać coś nowego, skoro miałam największą nadzieję, że z C. coś wyjdzie. Olałam.
Ześwirowałam na punkcie C. myślałam o tym wszystkim cały czas. Czemu się nie odzywa, czy będzie aż tak wyrachowany, że nawet nie da mi znać, że to nie ma sensu? 

Przez cały związek z Ex. Były momenty, że pojawiał się w moich myślach M. bo to był TEN, którego kochałam. Ex nigdy TYM nie był dlatego tak się działo. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy jakieś pięć lat temu u nas w domu pojawił się C.
To było dziwne, kompletnie człowieka nie znałam, on mnie też. Pierwsze spotkanie ‘Cześć, cześć’ i tyle. Później, za pół roku całą ekipą pojechaliśmy na wesele do wspólnego kolegi od nich z pracy. C. razem z koleżanką siedział naprzeciwko mnie i Ex, drugie nasze spotkanie i ja już wiedziałam, że jeżeli kiedyś stanie się coś, że nie będę z Ex, to M. i C. tą są dwaj faceci, z którymi chciałabym spróbować… Zaskakujące? Nie wiem. Myślę, że tak się po prostu dzieje. Poznajesz kogoś i wiesz, czujesz, że Cię ciągnie… Pisałam kilka razy, że M. mi się śnił w nocy. C. też mi się śnił… Były takie chwile, że pojawiał się w moich myślach i tyle i był sobie. Tłumaczyłam sobie, że to takie pewnie zauroczenie, że lubię Go po prostu jako kolegę, bo jest śmieszny, pozytywny, miły… I tak to leciało, wspólne imprezy, wyjazdy do kina, kilka razy zdarzyło się, że byliśmy w kinie we troje, ja, Ex i C. i zawsze robiłam tak, żeby siedzieć po środku :) zawsze przegadywaliśmy z C. cały film :P Pamiętam ognisko u mnie w mieście, które zorganizował Ex dla wszystkich z pracy, zjechali się do nas, C. wparował do łazienki kiedy kręciłam włosy i gadał jak ładnie wyglądam :) Dał mi swoją bluzę wieczorem, kiedy było już chłodno, mimo tego, że Ex stał obok… Pamiętam dużo takich momentów, kiedy coś skomplementował, kiedy zawsze mówił coś fajnego kiedy mnie zatykało jak koledzy mi dokuczali (jak to faceci)
Nie wiem jak to się dzieje, po prostu tak jest… Poznajesz kogoś i wiesz, że dla tej osoby jesteś w stanie zrobić wszystko… kwestia tylko czy Ty okażesz się taką samą osobą dla tego kogoś.

Minęły dwa tygodnie… Nie odezwał się. Bolało, ale nie mogłam mieć pretensji, przecież na siłę go nie zmuszę. Nie jestem osobą cierpliwą, nie lubię czekać, nienawidzę czekać na coś czego bardzo chcę. Chujowe to było uczucie, naprawdę chujowe…
Po dwóch tygodniach i… paru dniach stwierdziłam, że koniec. Dłużej nie czekam, wiadomo, uczucie samo nie zniknie z dnia na dzień, ale postanowiłam sobie nie myśleć, zapomnieć jakimś cudem. Wiedziałam, że już nigdy się z Nim nie spotkam, nie chciałam, nie umiałabym z Nim normalnie rozmawiać, nie umiałabym nabrać dystansu a za nic w świecie nie chciałabym wyjść na jakąś zdesperowaną, załamaną wariatkę :| Pod jednym względem byłam z siebie dumna, że od dnia imprezy się nie ugięłam i nie napisałam do Niego pierwsza, a korciłoooo! Agata twierdziła, że mogłabym się odezwać od czasu do czasu, tak na luzie, żeby nie dać o sobie zapomnieć ale ja NIE! Mam swój honor jednak, może gdyby mi dał jakiś znak, cokolwiek, to może i bym dalej próbowała… Zrobiłam pierwszy krok, drugi należał do Niego i nie zrobił go…

24 stycznia odpisałam Mateuszowi, że możemy się spotkać. Wahałam się zajebiście, zastanawiałam czy ma to sens, ale stwierdziłam, że skoro C. nie przejawia jakichkolwiek chęci… to spróbujemy tu. Może okaże się fajnym facetem, przynajmniej zajmę głowę czymś innym. No i się spotkaliśmy 27 stycznia. Pierwsze spotkanie było naprawdę bardzo fajne, moja pierwsza taka randka RANDKA, z chłopakiem, którego w sumie nie znałam. Fajnie się gadało, pośmialiśmy się trochę. Na kolejne spotkanie umówiliśmy się już u mnie w domu :) tak, tak, szybko, wiem, ale przestałam myśleć, zaczęłam robić to, na co miałam ochotę. Pojawiały się myśli, co bym zrobiła gdyby teraz odezwał się C.
Pamiętam któryś wieczór, kiedy przyjechał do mnie Mateusz, otworzyłam drzwi a on w zębach trzymał kwiatka a w ręku dwa kieliszki i szampana, na moje pytanie z jakiej to okazji, powiedział ‘Bo się stęskniłem’ :) BYLIŚMY RAZEM NA DYSKOTECE!!!! Ja pierwszy raz od 9 lat! I bawiłam się zajebiście :D Mój żywioł, muzyka i taniec. Później przyszły Walentynki… Tyle prezentów to ja chyba w życiu nie dostałam od jednego człowieka. Jeden z prezentów stoi nadal w pokoju, a raczej siedzi na komodzie, duży, puchaty, ‘biały miś, dla dziewczyny…’ :P Od samego początku dużo z Nim szczerze rozmawiałam, że byłam w związku bardzo długim, że zakochałam się ale nie wyszło i bardzo było mi z tym źle, w styczniu straciłam pracę więc z tego powodu też byłam przybita a On mnie wspierał, pocieszał, pomagał znajdować rozwiązania moich problemów. Powiedziałam mu, że nie chcę się śpieszyć, żeby mnie nie popędzał, że potrzebuje czas też dla siebie i dla moich przyjaciół. Twierdził, że rozumie i widziałam, że starał się mi tego nie okazywać ale był zazdrosny  czas, który spędzałam ze znajomymi. Któregoś dnia wymsknęło mu się, że zaczyna mu bardzo zależeć… A ja tego u siebie nie czułam, nie było tego co z M. i C. Ci dwaj mogli nie robić NIC, a i tak poszłabym za nimi w ogień, a Mateusz był dla mnie cudowny, starał się, robił wszystko tak jak powinno być. Nieba by mi przychylił i widziałam w Jego spojrzeniu, że szuka takich samych uczuć u mnie… 

20 lutego poszłam na pierwszy dzień szkolenia w nowej pracy :) cieszyłam się jak dziecko kiedy do mnie zadzwonili, dwa miesiące siedzenia w domu to już too much for me. Poszłam, odbębniłam first day, wróciłam do domu, wyszłam na spacer z psem, kochana muza z telefonu w uszach i w pewnej chwili ‘klik, klik’ dźwięk wiadomości sms.

Luk na wyświetlacz… 



…C.


P.S. Nie wiem, strasznie wydaje mi się ten tekst wyprany z uczuć :| same fakty, mało emocji... W kolejnym wpisie będzie ZUPEŁNIE inaczej... 
Przepraszam, że tak długo :||||||||||

wtorek, 6 listopada 2012

'Don't bend, don't break, baby, don't back down...'



23.10.2012r.

Od samego rana pada śnieg, chlapnęła mi w twarz ta breja o 5.30 kiedy szłam do pracy… teraz jest już wszędzie biało i wciąż wali z nieba konkretnie. Jeszcze półtora miesiąca temu siedzieliśmy w górach na balkonie w minimalnej warstwie odzieży bo upał sięgał 30 stopni a teraz trzeba kurtki zimowe wyciągać. Jak zwykle sprzeczne uczucia. Pierwszy śnieg zawsze wywołuje u mnie ciepło w środku. ZAWSZE. Od razu wchodzą do głowy obrazy choinki, światełek, ciepły klimat świąt, ta atmosfera, którą w reszcie chciałabym poczuć. Przeżyć prawdziwie wzruszającą Wigilię, z kimś najważniejszym. Jak było do tej pory? Za małolata Wigilię spędzaliśmy tylko w wąskim gronie, ja rodzice i rodzeństwo. Zawsze zazdrościłam tym, którzy organizowali Święta całą rodziną, ciotki, wujkowie, dziadkowie, kuzyni, kuzynki… kupa ludzi jednym słowem. Tak chciałam. Takie Święta zawsze były u Ex. Zjeżdżała się jego rodzina, kuzyni z malutkimi dziećmi. Pierwszą Wigilię spędziłam x Ex i jego rodziną dwa lata po śmierci mojej mamy. Cieszyłam się jak głupia na wspólną kolację w tak dużym gronie, w momencie otwierania prezentów bywało tak głośno, że chyba nikt nikogo nie słyszał a i tak każdy gadał :) Było prawie idealnie. Prawie. Dlaczego? A no dlatego, że Ex nie lubił rodzinnych spędów. Co rok było to samo. Dwa tygodnie przed Świętami, tydzień, wszystko super, przygotowania, planowanie, kupowanie prezentów, no czuje się ten klimat czy się chce czy nie, zawsze się w niego wpada. Źle najczęściej zaczynało się dziać dzień przed Wigilią. Wystarczyło jedno spojrzenie na wyraz jego twarzy żebym wiedziała, że to już się dzieje. Nerwy wywoływało nawet to, że miał wybrać w co się ubierze na kolację. Z  każdego roku, przez te dziewięć lat mam do opowiedzenia jakąś smutną, Świąteczną historię. Tych z początku kiedy się spotykaliśmy już nie pamiętam, ale nigdy nie zapomnę jak się cieszyłam kiedy WRESZCIE, pierwszy raz od dawna Wigilia nie skończyła się awanturą. W pierwszy dzień Świąt pojechaliśmy do mojej rodziny na obiad, taka tradycja już- imieniny cioci Ewy itd. :) Wszystko pięknie, super, ekstra. Żadnych zgrzytów, chłopaki z wujkami opracowywali jakieś procenty. Dzień udany jak rzadko. Wracaliśmy do domu, Ex po procentach, odwoził nas mój brat, który za Ex nigdy nie przepadał (i vice versa) jego żona i mała córeczka. Drogi do domu było ze 20 minut, wywiązała się jakaś wymiana zdań między chłopakami, dyskusja, no niby wydawałoby się że rozmowa dwojga dorosłych ludzi, trochę nerwowa ale oni zawsze tak ze sobą rozmawiali. Ładnie się pożegnaliśmy, w zgodzie rozstaliśmy możecie sobie tylko wyobrazić moje zdumienie kiedy przekroczyliśmy próg mieszkania i od razu usłyszałam tyradę pretensji, nawet nie wiem o co, pamiętam, że nie wierzyłam własnym uszom, że to znów się dzieje. A było tak zajebiście. Nie reagowałam, nie chciałam wdawać się w dyskusję ale to go chyba jeszcze bardziej nakręcało. Zabrałam ubrania i poszłam do łazienki się przebrać, nawet nie zamknęłam za sobą drzwi na zamek a ten idiota się wściekł i zaczął krzyczeć, żebym się nie zamykała przed nim jak do mnie ‘mówi’. Wybił szybę w drzwiach gołą ręką. Nie raz już mu się zdarzało coś zbić, lustra potłuczone były wszędzie. U nas, u jego matki w domu, w mieszkaniu które kiedyś wynajmowaliśmy też rozbił jedno ale tym razem byłam w kompletnym szoku, mógł zrobić mi krzywdę, łazienka jest maleńka więc kilka odłamków mnie trafiło. I za co? Za to, że nie chciałam znów się kłócić, że chciałam przemilczeć, poczekać aż się uspokoi. No to się uspokoił… Najczęściej w takich sytuacjach reagowałam gniewem, krzyczałam na niego, wyzywałam od najgorszych, wszystko z nerwów wiadomo. Pamiętam, że na tym się nie skończyło, walił tą rozwaloną ręką po meblach, w kuchni o ścianę. Wszystko było zachlapane krwią, ściany, podłoga, jasny dywan w przedpokoju… Nie byłam zła, po prostu nie wierzyłam, że to się dzieje. Bez nerwów powiedziałam mu żeby się uspokoił bo zrobi sobie krzywdę, nie pamiętam co mówił, czy krzyczał ale chyba tak. Założyłam buty i wyszłam. Szczęście w nieszczęściu, że miałam klucze od mieszkania jego mamy, która spędzała Święta u swojej mamy i tam nocowała w ten podczas. Mam nadzieję, że nikt z Was nie wie, co się czuje w takiej chwili. Zamiast cieszyć się swoim towarzystwem w taki wyjątkowy czas, zamiast leżeć w ciepłym domu, przy choince rozmawiać o pierdołach, albo śmiać się po raz setny oglądając Kevina ja łaziłam po osiedlu, w mróz, po ciemku i nie wiedziałam co ze sobą zrobić. Wyszłam z domu, żeby nie patrzeć na koszmar, który dział się przecież nie pierwszy raz. Zaczęłam płakać dopiero kiedy zadzwoniłam do jego mamy i opowiadałam jej co się stało. Powiedziała, że bez problemu mogę iść do jej mieszkania i tam przenocować. Niedługo przyszła siostra Ex ze swoim chłopakiem i naszą wspólną koleżanką. Wszyscy doskonale wiedzieli jaki on jest, że jest nerwowy, porywczy a jak wypije i coś mu się nie spodoba to już koniec. Współczuli mi, nie raz słyszałam z ich ust, że dziwią się, że ja jeszcze wytrzymuję. A to jest naprawdę dobry chłopak, tylko ma problemy, które zaczęły się już w dzieciństwie.
Dopiero po jakimś czasie kiedy spojrzałam w lustro w łazience zauważyłam zadrapania od szkła na czole i nosie, których nawet nie czułam wcześniej. Kilka strupków było też na rękach. Takie rzeczy zostają w człowieku na zawsze. Czasem przychodzi czas, że muszę to z siebie wyrzucić i  wyrzucam to po raz kolejny, tutaj, bo wciąż kiedy myślę o Świętach cieszę się, że nadchodzą, a za chwilę pojawia się ten lęk. Wiem, że w tym roku tak już nie będzie. Będzie spokojnie, nic złego się nie wydarzy, ale w tym roku boję się czegoś innego. Boję się tego uczucia samotności, wiadomo, że nie będę sama. Jest rodzina, kilkoro znajomych z którymi można się spotkać ale nie ma TEJ osoby. Chyba nie jestem w stanie żyć sama tylko dla siebie. Nie umiem dać sobie czasu. Chcę już, teraz, natychmiast. A może to jest naturalne?   Może i jest, tylko dlaczego tylu ludzi, którzy są sami, nie mają drugiej połówki  daje radę, nie łamią się a ja tak nie potrafię? Co ze mną jest nie tak?   
Zdałam sobie sprawę z tego, że do tej pory zawsze dostawałam to czego chciałam. Jak się na coś uparłam to kombinowałam, krążyłam chodziłam i robiłam wszystko żeby to dostać i udawało się. M. jest pierwszą ‘rzeczą’ której nie jestem w stanie zdobyć, jest poza zasięgiem i nie mam na to wpływu. W tej chwili to jest najgorsze, że On jest gdzieś tam, a ja nie mogę zrobić nic, żeby Go mieć. Co jest najgorsze na przyszłość? To, że boję się, że nie będę potrafiła odpuścić a  On zawsze będzie tym którego chciałam a nigdy nie dostałam.


6 listopada 2012r.


Miałam się ustosunkować do Twojego komentarza Mary pod ostatnim rozdziałem, tym na temat chuja :) Być może masz dużo racji, ja nie potrafię się obiektywnie ustosunkować do Jego osoby ani zachowania. Dla mnie jest tym, którego kocham. NIGDY wcześniej czegoś takiego nie czułam. Kilka dni temu rozmawialiśmy na gadu, wyszło tak, że napisałam mu wszystko co czuję, pomimo rad Roberta, który mi mówił, żebym tego nie robiła bo po co skoro M. i tak ma to w dupie. Napisałam, WSZYSTKO. Zapytał się mnie jak to jest możliwe, że się w nim zakochałam, dlaczego. Napisał, że On na to nie zasługuje. Przeprosił mnie, konkretnie w sumie nie wiem za co. Powiedział, że cieszy się, że mnie poznał. Tyle.
Kilka dni później M. zasunął mi takiego kopa, pewnie nawet nieświadomie, że myślałam, że już się z tego nie podniosę. Przepłakałam kilka dni, nie przespałam kilku nocy, biedny Robert ciągle czytał te moje lamenty, pisał ze mną po nocach, praktycznie codziennie. Pocieszał, próbował mnie z tego wyciągnąć prośbą, groźbą.  Okazało się, że ten zajebiście bolesny kopniak odbił mnie od dna.  Uświadomił mi, że ja i On to przegrana sprawa, przynajmniej na ten czas a ja nie mogę czekać. Nie mogę czekać bo to mnie dobija. Nie pozwala mi się podnieść i iść dalej. Przestałam się zastanawiać dlaczego tak jest, czemu to właśnie On jest tym, który siedzi mi w głowie i sercu tak głęboko. Przestaje pomału się tym dręczyć. Kiedy zaczynam o nim myśleć wchodzę na profil fb i oglądam ich wspólne zdjęcia… może pomyślicie, że to znęcanie się nad sobą, na początku tak było a teraz to i pomaga racjonalnie myśleć. Pomaga mi przyswoić sobie niezaprzeczalny fakt, że On jest ze swoją dziewczyną, nie ze mną i nie ma sensu dłużej się tym gnębić.  Mam świadomość, że teraz tak piszę a pewnie jeszcze nie raz będę beczeć, przechodzić załamki, tęsknić. Nic na to nie poradzę, mogę jedynie się tylko starać dusić to w zarodku kiedy tylko poczuję, że zbliża się kryzys. Jak wyjdzie? Zobaczymy.

W tej chwili jest na tyle dobrze, że zaczęłam myśleć o kimś innym. Tak, tak pojawił się ktoś w mojej głowie, bo jak to mówią ‘klin- klinem’ Podobno ta metoda działa, czy ją wypróbuję? Jeszcze nie wiem. Na razie jestem na etapie rozważania za i przeciw. Pewnie ten z Was, kto czyta mojego bloga od początku i zna już trochę perypetie z facetami czytając to co napiszę pod spodem klepnie się w czoło i pomyśli, że jestem posrana jak nikt inny na świecie :) Dlaczego? Już tłumaczę.  
U mnie nigdy nie może być normalnie i bezproblemowo. Facet o którym zaczęłam myśleć ostatnio, to C. C jest kolegą  Ex (HA!) kumplem z pracy, który często u nas bywał przy okazji jakichś imprez np. urodzin Ex, sylwestra itd. No i to chyba mój główny problem. Oni razem pracują, kumplują się, spotykają, mają wspólną pasję- motory… Słyszałam, że między facetami jest coś takiego, taka niepisana umowa, że byłej kumpla się nie tyka :| A może to stereotyp? Może sama sobie to wymyśliłam ze strachu? Sama nie wiem przed czym. Niby chcę, lubię go bardzo, podoba mi się fizycznie i wewnętrznie. Jest osobą bardzo optymistyczną, nigdy nie widziałam go złego, smutnego, nigdy nie słyszałam żeby na kogoś krzyczał lub mówił o kimś źle. Totalne przeciwieństwo Ex! Ciągle pełny energii, czasem śmialiśmy się w naszej paczce, że C ma ADHD :) ciągle latał za piłką, bawił się z dzieciakami znajomych, skakał na trampolinie, wiecznie wszędzie go było pełno… No i właśnie niby chcę a jednak coś mnie powstrzymuje od zrobienia pierwszego kroku. Trochę zniechęcił mnie Robert. W pierwszej wersji powiedział, że w sumie to nie mam nic do stracenia, później jednak napisał, że jego zdaniem nie powinnam się w to mieszać bo jednak Ex może być sporym problemem. Może nie bezpośrednio, wydaje mi się, że nie powinien mieć z tym problemu, jednak dla C. mogłoby być to krępujące i niezręczne, w tej kwestii się z Robertem zgadzam. Rozmawiałam też z Kasią, która zna C. tak samo jak ja. Razem bywaliśmy na tych samych imprezach i ona z kolei od początku jak tylko jej o tym powiedziałam stwierdziła, że ‘nie’. To nie jest dobry pomysł, dopiero później kiedy dłużej pogadałyśmy zaczęła się nad tym głębiej zastanawiać ale czuję, że tak jak Robert nie pochwala tego. Parę dni temu spotkałam się z Agatą, koleżanka z naszej paczki, która razem ze swoim facetem pracuje z Ex i C. i o dziwo bardzo się ucieszyła, że to właśnie C. chodzi mi po głowie. Od razu zaoferowała się, że może mu szepnie słówko w pracy na mój temat, czego ja jej absolutnie zabroniłam. Wymusiłam na niej przyrzeczenie, że nikt, nawet jej facet ma się o tym nie dowiedzieć. Podejrzewam jednak, że Marek (jej facet) się dowie, wątpię, że będzie aż tak twarda i nie podzieli się z nim tą ‘radosną nowiną’. Jej optymizm mnie powalił. Zaczęła gadać, że jakby tak spojrzeć to pasowalibyśmy do siebie i że ‘ale by było fajnie’ prawie, że podskakiwała z radości heheh ale to też jest totalna optymistka, prawie jak C. Ona tam nie widzi problemu, że chłopaki razem pracują i wgl no NIE WIDZI PROBLEMU. Tak więc realnie patrząc jest 1:1 Agata za, Kaśka przeciw. Z wirtualnych doradców: Rob przeciw. Z Moniką nie rozmawiałam na ten temat. Ostatnio miałyśmy znów ciężką wymianę zdań, ale powoli zaczynam wychodzić na prostą i mam nadzieję, że i z Nią w końcu wyprostuję sprawę, przynajmniej częściowo. Ciekawa jestem jej opinii na ten temat.
Na razie bilans wychodzi ujemny. A jakie jest wasze zdanie w tej kwestii?

Znów jest skrajnie. Z jednej strony chcę, niby nie mam nic do stracenia, niczym nie ryzykuję (niby) może być fajnie, mówią, że jak nie spróbujesz to się nie przekonasz ale z drugiej strony chyba trochę sprawa z M. mnie hamuje. Z nim też tak było, też myślałam, że nie mam nic do stracenia, poszłam na żywioł, zrobiłam to co chciałam i przez chwilę było zajebiście. A później jednak straciłam coś czego się nie spodziewałam, trochę zdrowia psychicznego. Nie umiałam zachować dystansu i teraz też się tego boję. U mnie wszystko jest albo czarne albo białe. Nie umiem znaleźć złotego środka. Daję z siebie wszystko albo nic. Dlatego biję się sama ze sobą i znów nie wiem co robić. Nie chcę czekać, tracić czasu a z drugiej strony nie chce postępować pochopnie. Nie znam bardziej niezdecydowanej osoby niż ja. Znów zaczynam tragizować, zamiast wziąć po prostu telefon i napisać do Niego jednego głupiego  smsa…Sama już nie wiem czy to stereotypy, które mam w głowie mnie tak blokują czy zdrowy rozsądek podpowiada żeby nie pakować się w kolejną z góry przegraną sprawę.

No właśnie… ‘It’s my life’ :)

P.S. Miałam napisać coś od emocjonalnej strony odnośnie poprzedniego wpisu, no nie wyszło puki co. Może kiedyś. Teraz wolę o tym nie myśleć, nie przypominać sobie ciemnych spraw kiedy w końcu jest lepiej.
P.S. Co z tymi mądrościami, które mówią nam żeby iść za głosem serca?

środa, 24 października 2012

'Blame it on my A.D.D baby...'



 12.26

AWOLNATION- 'SAIL'  kiedyś już chyba było, ale jest ze mną od tych dwóch tygodni i nie chce odejść.

Jak zwykle problem z tym, od czego zacząć. A niby takie to proste, że od początku… Najchętniej wrzuciłabym tutaj wszystkie moje rozmowy z Robertem i Moniką z dwóch poprzednich tygodni, w nich jest wszystko to co chciałabym tu napisać…
Podejrzewam, że ten wpis będzie tylko zlepkiem faktów, krótkim zlepkiem. Podejrzewam bo jak wyjdzie to się okaże na koniec. Siedzę w pracy co utrudnia mi pisanie, ale skoro już był ten bodziec do napisania to napiszę, żeby mieć z głowy, ale emocji tym razem raczej nie będzie.
7 października podjęłam próbę samobójczą, jak widać nieudaną, co swoją drogą BARDZO mnie zdziwiło. A jednak, nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać. Nie napiszę tu szczegółowo co, jak i w jaki sposób. Jedyne co mogę napisać to to, że było to zaplanowane już dawno. Jedyną osobą, która wie w jaki sposób chciałam to zrobić jest psychiatra z którym rozmawiałam tydzień później. Swoją drogą trafiłam do totalnego formalisty, popytał, coś tam pogadał, przepisał antydepresanty i do widzenia. Chyba jednak psycholog byłoby lepszym wyborem… Na kolejne dwa tygodnie rodzinka zabrała mnie do siebie na wioskę, rodzinka w sensie brat, bratowa i ojciec. Oczywiście wszyscy wiedzieli co się stało, ogólnie najbliższa rodzina, Ex, M., Monika, Robert no i moja szefowa. Prawdę mówiąc chciałabym żeby wszyscy wiedzieli. Pamiętam zdziwienie Ex kiedy poprosiłam go żeby powiedział mojej szefowej co się stało, nie umiał zrozumieć dlaczego chcę żeby wiedziała. A ja po prostu już miałam dość udawania przed wszystkimi, że jest dobrze skoro nie jest.
Po pierwszym tygodniu na wiosce czułam się o wiele lepiej, dużo rozmawiałam z bratową, która aktualnie jest w 7 miesiącu ciąży więc była ze mną cały czas. Rozmawiałam z braćmi, którzy BARDZO mnie zaskoczyli, bo dowiedziałam się, że oni też mieli w swoim życiu takie załamania, może nie AŻ takie jak moje, a może i takie tylko oni po prostu mają twardszą psychikę, dlatego jakoś dali radę. Do rzeczy. Po tygodniu poprosiłam ojca żeby odwiózł mnie do domu, chciałam wrócić już do domu. Jak tylko wyszłam z mieszkania brata praktycznie od razu poczułam to napięcie. Pamiętam, że nawet nie zdjęłam kurtki ani butów, stanęłam w kiblu i zaczęłam płakać. Znów. Ryczałam i ryczałam, w końcu się ogarnęłam i poszłam z ojcem do pracy. W zamyśle było żebym tego dnia już normalnie zaczęła pracę, ale szefowa wybiła mi ten pomysł z głowy, tzn. dała mi wybór ale jej zdaniem jeszcze nie nadawałam się do powrotu i miała rację. W rezultacie po jakichś czterech godzinach byłam z powrotem u brata. Dalej jakoś poleciało. Zaliczyłam psychiatrę, przepisał mi antydepresanty i coś doraźnie na uspokojenie (co okazało się zbawienne!) i skończyła się panika.
Myśli samobójcze są, wracają. Doły są, uczucie samotności też choć już dużo mniejsze dzięki Robertowi, którego bardzo podziwiam za to co robi. Nie mam pojęcia jak On to robi, ale wciąż jest i prawie codziennie siedzi po drugiej stronie monitora i czyta te moje zrzędzenia na temat M. na temat Moniki i moich faz związanych z Nią i z sytuacją w jakiej Ją postawiłam. Stara się doradzać, pocieszać, rozśmieszać, odciąga od złych myśli. Po prostu widzę, że chce mi pomóc i myślę, że jest idealną do tego osobą, bo sam nie miał w życiu łatwo, a psychikę ma twardą więc daje rade ze mną. Sytuację z Moniką opiszę, albo nie. Może jak rozwiążę tą sprawę, to kiedyś dam radę wyjaśnić o co chodzi. JAK rozwiążę bo puki co nie mam bladego pojęcia jak to zrobić. Skrzywdziłam Monikę, zrobiłam jej straszne świństwo i sama sobie w tej chwili nie potrafię z tym poradzić. Boli i serce pęka ale mam jakąś głupią nadzieję, że czas przyniesie mi jakieś rozwiązanie. Może spojrzę na to z jakiejś innej perspektywy i poukładam wszystko od nowa JAKIMŚ CUDEM.

Pan doktor powiedział wyraźnie: unikać emocjonalnych sytuacji heh. Jak na ironię praktycznie co wieczór piszemy z Robertem o Monice, o M. a to są tylko i wyłącznie emocje. Co wieczór jest tryb płaczking taki, że później wszystko boli, z tą różnicą, że dzięki lekom to łatwiej przechodzi. Kiedy mam dość potrafię przestać płakać a wcześniej nie mogłam.
Od trzech dni jestem już w pracy, tylko pierwszego dnia było małe załamanie i kilka łez w środku dnia więc leki działają.

Tyle na dziś, mało za to treściwie w miarę.  Być może na dniach pojawi się coś bardziej od tej emocjonalnej strony... aha no i w planach mam odnieść się do Waszych ostatnich komentarzy Mary i Sueno oczywiście w temacie relacji z M. Ojjj to będzie… trudne.