środa, 24 października 2012

'Blame it on my A.D.D baby...'



 12.26

AWOLNATION- 'SAIL'  kiedyś już chyba było, ale jest ze mną od tych dwóch tygodni i nie chce odejść.

Jak zwykle problem z tym, od czego zacząć. A niby takie to proste, że od początku… Najchętniej wrzuciłabym tutaj wszystkie moje rozmowy z Robertem i Moniką z dwóch poprzednich tygodni, w nich jest wszystko to co chciałabym tu napisać…
Podejrzewam, że ten wpis będzie tylko zlepkiem faktów, krótkim zlepkiem. Podejrzewam bo jak wyjdzie to się okaże na koniec. Siedzę w pracy co utrudnia mi pisanie, ale skoro już był ten bodziec do napisania to napiszę, żeby mieć z głowy, ale emocji tym razem raczej nie będzie.
7 października podjęłam próbę samobójczą, jak widać nieudaną, co swoją drogą BARDZO mnie zdziwiło. A jednak, nie jest to takie proste jak mogłoby się wydawać. Nie napiszę tu szczegółowo co, jak i w jaki sposób. Jedyne co mogę napisać to to, że było to zaplanowane już dawno. Jedyną osobą, która wie w jaki sposób chciałam to zrobić jest psychiatra z którym rozmawiałam tydzień później. Swoją drogą trafiłam do totalnego formalisty, popytał, coś tam pogadał, przepisał antydepresanty i do widzenia. Chyba jednak psycholog byłoby lepszym wyborem… Na kolejne dwa tygodnie rodzinka zabrała mnie do siebie na wioskę, rodzinka w sensie brat, bratowa i ojciec. Oczywiście wszyscy wiedzieli co się stało, ogólnie najbliższa rodzina, Ex, M., Monika, Robert no i moja szefowa. Prawdę mówiąc chciałabym żeby wszyscy wiedzieli. Pamiętam zdziwienie Ex kiedy poprosiłam go żeby powiedział mojej szefowej co się stało, nie umiał zrozumieć dlaczego chcę żeby wiedziała. A ja po prostu już miałam dość udawania przed wszystkimi, że jest dobrze skoro nie jest.
Po pierwszym tygodniu na wiosce czułam się o wiele lepiej, dużo rozmawiałam z bratową, która aktualnie jest w 7 miesiącu ciąży więc była ze mną cały czas. Rozmawiałam z braćmi, którzy BARDZO mnie zaskoczyli, bo dowiedziałam się, że oni też mieli w swoim życiu takie załamania, może nie AŻ takie jak moje, a może i takie tylko oni po prostu mają twardszą psychikę, dlatego jakoś dali radę. Do rzeczy. Po tygodniu poprosiłam ojca żeby odwiózł mnie do domu, chciałam wrócić już do domu. Jak tylko wyszłam z mieszkania brata praktycznie od razu poczułam to napięcie. Pamiętam, że nawet nie zdjęłam kurtki ani butów, stanęłam w kiblu i zaczęłam płakać. Znów. Ryczałam i ryczałam, w końcu się ogarnęłam i poszłam z ojcem do pracy. W zamyśle było żebym tego dnia już normalnie zaczęła pracę, ale szefowa wybiła mi ten pomysł z głowy, tzn. dała mi wybór ale jej zdaniem jeszcze nie nadawałam się do powrotu i miała rację. W rezultacie po jakichś czterech godzinach byłam z powrotem u brata. Dalej jakoś poleciało. Zaliczyłam psychiatrę, przepisał mi antydepresanty i coś doraźnie na uspokojenie (co okazało się zbawienne!) i skończyła się panika.
Myśli samobójcze są, wracają. Doły są, uczucie samotności też choć już dużo mniejsze dzięki Robertowi, którego bardzo podziwiam za to co robi. Nie mam pojęcia jak On to robi, ale wciąż jest i prawie codziennie siedzi po drugiej stronie monitora i czyta te moje zrzędzenia na temat M. na temat Moniki i moich faz związanych z Nią i z sytuacją w jakiej Ją postawiłam. Stara się doradzać, pocieszać, rozśmieszać, odciąga od złych myśli. Po prostu widzę, że chce mi pomóc i myślę, że jest idealną do tego osobą, bo sam nie miał w życiu łatwo, a psychikę ma twardą więc daje rade ze mną. Sytuację z Moniką opiszę, albo nie. Może jak rozwiążę tą sprawę, to kiedyś dam radę wyjaśnić o co chodzi. JAK rozwiążę bo puki co nie mam bladego pojęcia jak to zrobić. Skrzywdziłam Monikę, zrobiłam jej straszne świństwo i sama sobie w tej chwili nie potrafię z tym poradzić. Boli i serce pęka ale mam jakąś głupią nadzieję, że czas przyniesie mi jakieś rozwiązanie. Może spojrzę na to z jakiejś innej perspektywy i poukładam wszystko od nowa JAKIMŚ CUDEM.

Pan doktor powiedział wyraźnie: unikać emocjonalnych sytuacji heh. Jak na ironię praktycznie co wieczór piszemy z Robertem o Monice, o M. a to są tylko i wyłącznie emocje. Co wieczór jest tryb płaczking taki, że później wszystko boli, z tą różnicą, że dzięki lekom to łatwiej przechodzi. Kiedy mam dość potrafię przestać płakać a wcześniej nie mogłam.
Od trzech dni jestem już w pracy, tylko pierwszego dnia było małe załamanie i kilka łez w środku dnia więc leki działają.

Tyle na dziś, mało za to treściwie w miarę.  Być może na dniach pojawi się coś bardziej od tej emocjonalnej strony... aha no i w planach mam odnieść się do Waszych ostatnich komentarzy Mary i Sueno oczywiście w temacie relacji z M. Ojjj to będzie… trudne.

środa, 3 października 2012

'I promise You...'

21.16



Piszę, kasuję, piszę od nowa i znów kasuję. Tak non stop od kilkunastu dni.  Tylko siedzę i wzdycham i eham bo czuję a nie potrafię tego ubrać w słowa i wyrzucić z siebie a nie mogę już dłużej czekać! Musze o tym pisać, mówić, wywalić to bo czuję się jak tykająca bomba.
I teraz najlepsze bo za chwilę czuję się jak wyprana kompletnie z emocji i uczuć. Nie chce mi się wychodzić z łóżka, a w pracy nie mogę usiedzieć na dupie tylko chodzę w tę i z powrotem.  Kojarzycie te sceny rodem z ckliwego dramatu kiedy jakaś emocjonalnie rozchwiana osoba siedzi na krześle i tępo gapi się przez okno? Myślę, że często teraz tak właśnie wyglądam. Czasem łapię się na tym, że ‘budzę się’ z zawieszki tylko dlatego, że zęby mnie bolą od zaciskania szczęki.
Mam otwartego laptopa, worda, piszę tą notkę, słuchawki-  w uszach gra mi ‘Praying…’ z linku na górze i zamiast pisać łapię się na tym, że patrzę w wyciszony telewizor ustawiony na kanale MTV Rock, gdzie leci coś, nawet nie wiem co… Eminem do chuja!!!

Czuję się pusta w środku, mam ochotę położyć się gdziekolwiek z muzyką w uszach i leżeć, leżeć, leżeć aż się to wszystko skończy. W rzadkich momentach kiedy mam przebłyski świadomości ‘normalnego’ człowieka myślę, że chyba mam depresję i to jakieś już dość zaawansowane stadium. Myślę, że mam depresję lub coś w tym rodzaju od chwili kiedy pierwszy raz pomyślałam o samobójstwie tzn. ten drugi pierwszy raz, nie ten kilkanaście lat temu, tylko ten na początku tego roku. Mimo tego, że od tamtego czasu dużo się zmieniło, przeżyłam najpiękniejsze chwile w swoim życiu to nadal we mnie siedzi, bo to podobno choroba nie? Tak, myślę, że to to. Coś zatruło mi umysł i koniec. Ale ja już nie mam siły z tym walczyć, ile można? Powiecie, że dopóki jest nadzieja…
 Nie ma jej już.

Zakochałam się. Zakochałam się na zabój i oddałabym mu wszystko co tylko by chciał. Wszystko bez mrugnięcia okiem, tyle że On nie chce. Za każdym razem kiedy dzwoni mój telefon, za każdym razem kiedy słyszę dźwięk przychodzącej wiadomości serce zaczyna mi bić tak szybko i mocno, że to aż fizycznie niemożliwe. Za każdym razem biję się sama ze sobą czy spojrzeć na telefon, czy pozwolić mu dzwonić i delektować się nadzieją, że może to On… tylko, że to nigdy nie jest On. Skończyły się słodkie smsy, skończyły się telefony co wieczór, skończyły się nawet rozmowy na gadu. Ostatni raz rozmawialiśmy przez telefon kiedy ja zadzwoniłam, ostatni raz to ja wysłałam mu smsa, w którym napisałam, że się w Nim zakochałam, no i żeby być szczerą i sprawiedliwą dodam, że przedostatniego smsa też wysłałam ja pisząc, że tęsknię. Ostatni raz kiedy rozmawialiśmy na gg zapytałam co się stało bo miał kiepski opis… nie dowiedziałam się bo nie odpisał. Poniżające, upokarzające, czy tylko mi się tak wydaje?  Może dramatyzuję hmm? Mimo tego wszystkiego błagałabym Go na kolanach gdyby tylko mi powiedział, że tego właśnie ode mnie chce. Ale On nie chce, a ja już upadłam chyba na samo dno. W życiu nie pomyślałam, że coś może boleć tak bardzo. To jest autentyczny, odczuwalny fizycznie ból. W środku, tak jakby ktoś założył mi wielką, metalową obręcz na klatce piersiowej, tuż pod skórą i ją zaciskał.
Mówiłam, że będą banały i są!

Wiem, że za dużo myślę, za dużo analizuję. Wielu ludzi mi to mówiło, M. też mi to powiedział. Nic na to nie poradzę, taka byłam zawsze i nie umiem tego zmienić, to jest najbardziej autodestrukcyjna rzecz we mnie. To coś jak rak w organizmie, powoduje że człowiek sam siebie dręczy i zjada od środka. Czasem mi się udaje to wyłączyć ale tylko na chwilę. Udało mi się nie myśleć i nie rozkładać wszystkiego na czynniki pierwsze kiedy byłam z Nim. Teraz nie jestem i myślę i przetwarzam i zastanawiam się. 

Po co mnie pocałował? Dlaczego powiedział, że mnie kocha? Tylko dlatego, że oboje byliśmy pijani… w łóżku? Po co dał mi nadzieję? Przychodzą mi do głowy myśli, że dlatego bo jest typowym facetem, który powie wszystko byleby tylko dostać to czego chce. Nie wierzę w to. Może Go w tej chwili idealizuję, może kierują mną uczucia, które sprawiają, że jestem ślepa i wierzę w to w co chcę wierzyć, ale na pewno nie wierzę w to, że M. jest takim (nie przebierając w słowach) chujem. Tylko wciąż zostaje pytanie po co to wszystko? Czy zrobił to nieświadomie? Nie zdawał sobie sprawy, że tak to się może skończyć? Musiał zdawać sobie z tego sprawę bo sama mu o tym pisałam,  że boję się za bardzo zbliżyć bo później ja wrócę i będę tęsknić a On przecież ma tam swoje życie i taki mały szczególik w formie dziewczyny.

Oszalałam. 

Zawsze tak jest, kiedy jest źle. Ex przychodzi i pokazuje mi rachunek do zapłaty w ramach odszkodowania za zalanie sąsiadów a ja to pierdolę. W pracy problemy, z dnia na dzień mogę skończyć bez pracy pomimo ‘bliskiej znajomości’ z szefową- pierdolę to.
Sama siebie nie poznaję, mam ochotę położyć się i nie wstać. I niech nikt się nie waży napisać, że będzie dobrze!

Jestem popieprzoną wariatką.

P.S. Podejrzewam, że coś jeszcze dopiszę, edytuję tą notkę bo to jeszcze nie wszystko... 

Dopisane 4 października  16.22



Udało mi się wczoraj trochę popłakać. Czy mi ulżyło? Nie, ale uspokoiłam się trochę. Mam chyba taki zakodowany schemat, piszę coś pod wpływem emocji, jak jestem zła, nieszczęśliwa, wyrzucam z siebie cały syf a później się uspokajam i dopisuję to o czym zapomniałam przyćmiona emocjami.

Trochę niezręcznie mi o tym pisać, ale miało być szczerze i o wszystkim…

Nigdy nie byłam kochaną córeczką mamusi. Odkąd zaczęłam dorastać nasze relacje nie wyglądały tak jak powinny. Moja mama miała ciężkie dzieciństwo i wiem, że to dlatego była taka jaka była czyli bardzo wymagająca, nieskora do okazywania uczuć. Może wtedy za nic na świecie bym się do tego nie przyznała ale teraz widzę, że brakowało mi tego. Przytulenia, możliwości porozmawiania o wszystkim. Miała twardy charakter, była bardzo ambitna, i taka do bólu racjonalna. A ja jestem zupełnie inna od niej, choć teraz widzę sporo cech, które odziedziczyłam. Do rzeczy bo zaczynam plątać.
Nigdy nie byłam pilnym uczniem w szkole, co mamusię moją wkurwiało niesamowicie. Wiecznie pały z matematyki… Nigdy w życiu nie zapomnę tej sytuacji. Któregoś dnia, klasówka z biologii, całkowicie ją zwaliłam a poprawka ustnie, przy pieprzonej tablicy przed całą klasą. Wykułam się, umiałam wszystko ale NIGDY nie zapomnę tego stresu, babka od biologii potrafiła zabijać wzrokiem. W tej chwili bez problemu przywołuję wspomnienia jak waliło mi serce ze strachu, ręce mokre, drżące. To było chyba gorsze przeżycie niż matura ustna z języka obcego. Jedno pytanie, drugie, trzecie. Dostałam ta pierdoloną piątkę! Pamiętam, że usiadłam w ławce i chciało mi się płakać ze szczęścia.
Mam ten obraz dokładnie przed oczami, mama siedzi w pokoju w fotelu, ogląda telewizję, ja stoję w drzwiach i zaczynam opowiadać z bananem na buzi, że taki stres i że dostałam piątkę a mama na to:
‘A jedynkę z matematyki poprawiłaś?’
Już nie pamiętam ale w pierwszej chwili chyba nic nie odpowiedziałam, za to pamiętam, że po chwili jej wygarnęłam, pierwszy raz w życiu powiedziałam (raczej wykrzyczałam, zalewając się łzami- kurwa jak w filmie :|) jej co czuję i jak cholernie chujowe było to, że nie potrafiła się ucieszyć z tego mojego małego sukcesu, tylko jak zwykle wyskakuje z porażkami. Pamiętam, że zrobiło jej się głupio, chyba się nie spodziewała takiej reakcji. Ale wtedy nie miało to dla mnie znaczenia. Było mi strasznie przykro, tak bardzo, że zostało to w mojej głowie do dzisiaj. Nie mam żalu. Myślę, że nie zrobiła tego świadomie, specjalnie, nie chciała mi zrobić krzywdy, po prostu taka była, ale przez to ja mam teraz ze sobą problemy, myślę, że mam problem w poczuciem własnej wartości.

M. powiedział mi, że jestem samolubna, ma rację bo robię rzeczy, które innym mogą zrobić krzywdę. Co z tego, że mi przynoszą ulgę.
Powiedział mi, że jestem wredna, być może w żartach, nie wiem, nie zapytałam dlaczego to powiedział. Nie przypominam sobie sytuacji, w której byłabym dla Niego wredna, ale wiem że potrafię taka być.
Dlaczego o tym piszę? Bo denerwuje mnie to, że z tego wszystkiego o czym rozmawialiśmy, co On mówił do mnie i o mnie ja ciągle myślę tylko o tych złych rzeczach. Dlaczego nie potrafię się cieszyć tymi miłymi słowami, które od Niego usłyszałam? Wręcz nie wierzę w te komplementy, które mi mówił. Do tego jeszcze dochodzi sprawa braku zaufania po ostatnich przejściach z Ex…

Mam problem ze sobą, mam problem w głowie, który sprawia że jestem jak gąbka, która chłonie wszystko co złe i te złe rzeczy siedzą we mnie i karmią się tym myśleniem i jeszcze bardziej mnie to nakręca. A dobre rzeczy? Są, zauważam je, ale przelatują przeze mnie jak przez sitko, przelatują i lecą gdzieś dalej do ludzi, którzy umieją je zatrzymać, docenić i odwdzięczyć się. Ja nie umiem i nie wiem dlaczego. Pamiętam smsa od M. że On mi pisze tyle miłych rzeczy a ja nic. No właśnie!! A ja nic! I niech mi ktoś powie dlaczego? Tu mi się nasuwa tylko jedna, przerażająca mnie prawda: bo jestem jak moja matka.

To jest posrane. Mam to w środku, czuję przecież! To jest dokładnie odczuwalne, to ciepło w środku kiedy o kimś myślisz, to napięcie, które towarzyszy kiedy nie ma Go obok. Czemu potrafię to napisać tutaj a nie umiem powiedzieć Jemu?

Im bardziej jestem szczera tutaj, im więcej piszę i wyrzucam z siebie tym dokładniej widzę jak zajebiste problemy mam ze swoją głową. Nie ma co ściemniać… przerażające.

Tyle. Myślę, że to jest już mój przedostatni wpis.

niedziela, 16 września 2012

'Very strange love affair between a dream and a man.'

16 września 2012r.
12.34

Odzwierciedlenie mojego wewnętrznego hurricane



Byłam, wróciłam w środę i tak się zbierałam, żeby coś napisać. W końcu obiecałam nie?
Nikt nie zna szczegółów, nikomu nic nie opowiadałam i nie opowiem. Większość zostanie między nami. Pierdolę a Wy nadal nie wiecie nawet ogólnie jak było, czy było warto jechać…
Było tak, że nie zamieniłabym tego czasu na żaden inny z mojego życia. Było wesoło, było śmiesznie, było krępująco, denerwująco, uroczo, tragicznie i zaskakująco, było nawet poważnie czasami. Były pojebane pijackie zwierzenia nad wodą, były wyznania bez pokrycia, obietnice, plany. Wszystko chyba było.
Teraz są takie momenty, że pojawia mi się w głowie jakiś przebłysk tego co się wydarzyło, najczęściej jakaś śmieszna chwila, wesoła, która wywołuje banana na twarzy np. przypomina mi się jak wysiadłam z pociągu, rozglądam się i nie widzę, wyciągam telefon, dzwonię,  pytam gdzie jest bo nie widzę i wyłapuję Go w tym momencie kilkanaście metrów przed sobą :) zajebiste uczucie zobaczyć w końcu osobę, którą chciało się spotkać przez ostatnie kilkanaście lat. Wczoraj zakładałam spodnie, które miałam na sobie na wyjeździe, wkładam ale coś mi przeszkadza, ręka do kieszeni, wyciągam a to lizak, który mi dał… Stoję, trzymam lizaka w ręku, patrzę i uśmiecham się jak debil. Co tu dużo mówić, to wszystko jest nie do opisania.
Tak samo przypomina mi się chwila kiedy siedzieliśmy na dworcu czekając na mój powrotny pociąg. Praktycznie się nie odzywaliśmy, ja nie wiedziałam co powiedzieć, żeby się nie rozpłakać. Tego dnia i tak beczałam już dwa razy, na szczęście tak, że nie zauważył, nie przyznałam się ani wtedy ani teraz. Po co ma wiedzieć. Powiedziałam tylko, wtedy na tym PKP że nie chcę jechać, siedziałam tam i nie wierzyłam, że za chwilę przyjedzie mój pociąg i będę już w drodze powrotnej a dopiero co jechałam w tą stronę. Płakać mi się chcę jak przypominam sobie poniedziałek, piąta rano a ja w pociągu z wielkim smile’m na buzi piszę do niego smsy, że jadę i że strasznie się cieszę. Miało być szczerze, to będzie. Siedzę, piszę, słucham i ryczę. Ryczę bo nie mogę uwierzyć, że to już jest za mną, że już Go nie zobaczę. Nie mogę uwierzyć, że jeszcze te cztery dni temu siedzieliśmy razem, wystarczyło przekręcić głowę żeby spojrzeć na niego… Mam ochotę rozpieprzyć tego laptopa, z całej siły trzepnąć nim o ścianę.

Mam doła odkąd wróciłam, chyba najgorsza jest ta pustka w głowie, tzn. nawet nie wiem czy w głowie, po prostu czuję się pusta w środku. Przez ostatni miesiąc moje myśli ciągle zajmował M. to czy się spotkamy czy nie, czy się uda. Później, kiedy już wiedziałam, że na pewno się zobaczymy, wciąż były jakieś wyobrażenia mimo tego, że starałam się na nic nie nastawiać to one były silniejsze. To było takie fajne, ekscytujące. Żyłam tym, że się zobaczymy. A teraz? Jest pusto. Nie mam już na co czekać, spełniła się ostatnia rzecz jaką chciałam zrobić w życiu. Owszem w myślach wciąż jest M. teraz nawet chyba bardziej niż wcześniej, bo już mogę przywołać jego żywą twarz a nie tak tylko ze zdjęcia. W myślach wciąż jest M. i ciągle są wspomnienia ale mimo to, że było fajnie, wesoło to wspomnienia bolą. Bolą bo wiem, że to się więcej nie powtórzy, a tak bardzo bym chciała.
Tyle na ten temat, chyba że macie jakieś pytania. Coś Was ciekawi odnośnie naszego spotkania? Pytajcie śmiało.
Pewnie nie tak wyobrażałyście sobie relację z tego wydarzenia ale cóż, wygląda tak jak wygląda.

Ex już dla mnie nie istnieje, gdyby zniknął dzisiaj chyba nawet bym nie zauważyła, może to podłe z mojej strony ale tak czuję.
W czwartek była mega awantura, w sumie o pierdoły, już nie chce mi się nawet tego opisywać. Podniósł mi ciśnienie to usłyszał co o nim myślę i o dziwo od tamtej pory jest grzecznie, bez dąsów, bez krzyków, ale to już nie ważne.

Muszę zacząć robić porządki.

‘Są różne charaktery jedni są mocniejsi inni mniej. Ale brak celu wykończy każdego.’
Nie wiem czy każdego, mnie na pewno.


 HURRICANE ZŁAGODNIAŁ O
15.02
'Can I tell you...'

Przez te trzy dni... dałeś mi prawie cały rok.
Prawie.

Dałeś mi wiosnę, kiedy Cię zobaczyłam,
dałeś mi lato kiedy oboje leżeliśmy na łóżku zmęczeni w upale,
dałeś mi jesień kiedy odjeżdżałam i teraz kiedy jest już chłodno, szaro i pusto,
dokończ i daj mi zimę, zmroź mnie tak, żebym nie czuła tego smutku. Przykryj białym, czystym śniegiem, żeby obojgu nam było łatwiej zapomnieć...
Zabierz ten chaos, ten huragan z wnętrza bo... oszaleję. 


niedziela, 26 sierpnia 2012

Can You see...

Tym się dzisiaj dołuję. Kocham tego elektryka miłością wielką.

Dziś D. obchodziłby... hmmm <liczy> trzydzieste pierwsze urodziny. Obiecywałam, że będę odwiedzać jego grób na cmentarzu a od pogrzebu nie byłam ani razu... jutro pójdę, zapalę świeczkę tak z okazji urodzin. Może mu strzelę monolog jakiś?

Ex znów wylądował w szpitalu. Wracał dziś rano po nocnej zmianie z pracy i miał stłuczkę motorem. Nic groźnego, mocno stłuczone kolano i tyle, ale noga w gipsie powyżej kolana żeby usztywnić. Oczywiście troskliwa Weak odgrzała obiadek, zaniosła do pokoju żeby Ex nie wstawał i oszczędzał nogę, a On po dwóch godzinach w domu podniósł się i wyszedł z kolegą w miasto. Ja chyba na prawdę jestem jakaś pojebana!! Pieprzona idiotka!!!! Jestem na siebie wściekła teraz. Zdałam sobie sprawę z tego, że co by się nie stało ja i tak jestem w stanie mu pomóc, przynieść, wynieść, pozamiatać jak ta usługaczka! Przykład z wczoraj: wracam do domu wieczorem, Ex szykuje się do pracy i mówi mi, żebym nie zmywała naczyń bo On to zrobi jutro (wszystkie gary jego po obiedzie) ok, nie ruszam. A dziś? Ex wyszedł a ja z tych nerwów pozmywałam, posprzątałam i ogarnęłam wszystko!!!! Po jaki chuj ja się pytam????? A On pewnie teraz gzi się z tą swoją panienką!! Kurwa!

Pod wielkim znakiem zapytania stoi również spotkanie z M. Mam wrażenie, że z jego strony jednak chęć spotkania się nie była szczera a kiedy teraz zorientował się, że ja mówię poważnie... zaczyna tchórzyć, albo po prostu zaczyna mieć wyrzuty sumienia względem swojej dziewczyny. Sueno spotkanie zaplanowane jest na jedenasty- trzynasty września, ale tak jak piszę, nie wiem czy dojdzie do skutku.

Wszystko zaczyna jebać się koncertowo. Zresztą co ja pieprzę, że 'zaczyna' już dawno się zaczęło jebać, teraz następuje tylko kontynuacja. Zaczynam mieć wyrzuty sumienia względem mojej rodziny. Wczoraj był ślub mojego rodzonego brata, byłam jego świadkową. Uroczystość skromna, tylko cywilny, najbliższa rodzina, rodzice, dziadkowie, rodzeństwo. Później obiad u młodej w domu i tyle. Dlaczego mam wyrzuty? Bo gram przed nimi wszystkimi, udaję, że jest dobrze, że zlewam całą sytuację z Ex. Z uśmiechem na twarzy a tak na prawdę wyję w środku z bólu. Czuję, że nie daję rady a nie potrafię się przed nimi otworzyć. Nie potrafię poprosić o pomoc.

wtorek, 21 sierpnia 2012

'It's not a cry that You hear at night. It's not somebody who's seen the light .'


Piosenkę przypomniała mi Ramona, w uszach non stop od wczoraj.  

Zastanawiam się czy ludzka wytrzymałość ma jakieś granice. Ile człowiek jest w stanie znieść?

Podczas kiedy ja z dnia na dzień staram się zbierać w sobie, kumulować siły do przeżycia kolejnego dnia ktoś przychodzi i rzuca mi następne kłody pod nogi.

Cały ranek spędziłam dzisiaj na chodzeniu po stronach poświęconych samobójstwu. Przeczytałam pełno wpisów ludzi, których bliskie osoby odebrały sobie życie i jest jedna rzecz, która mnie strasznie wnerwia. Te ich pieprzone pytania ‘dlaczego?’ Zastanawiam się czy dla ludzi to jest naprawdę aż tak skomplikowane?

Nie powiadomiłam i zostawmy ten mój wpis bez komentarza…

Aha, zapomniałabym. Nienawidzę moich pierdolonych emocji, tego, że tak mną targają. Robią ze mną co chcą! Jednocześnie wiem, że bez nich byłabym pusta. Czasem cieszę się, że dzięki nim mogę przezywać piękne momenty. I znów ze skrajności w skrajność, nienawidzę ich i cieszę się, że je mam. 

sobota, 18 sierpnia 2012

Życiowych bredni ciąg dalszy :)


Nie wiem dlaczego tak jest, ale nie mam weny do pisania kiedy nie dzieje się u mnie nic złego, smutnego, przygnębiającego. Nie czuję potrzeby pisania kiedy dzieje się coś dobrego, to chyba wynika z tego, że nie umiem doceniać fajnych rzeczy, nie umiem się nimi dzielić. Ale dobra nie pieprzę na razie, może później, teraz suche fakty.

Aż muszę się cofnąć do ostatniej notki i komentarzy, żeby przypomnieć sobie co już wiecie, o czym pisałam a o czym nie :P Zacznę od Ex. Jakoś na początku tygodnia, któregoś pięknego dnia, godzina 5.30 odpaliłam kompa, weszłam na fb i pierwsze co zobaczyłam to to, że Ex zmienił status na ‘w związku z…’ no wiadomo o co chodzi. Oczywiście wlazłam na profil ‘Nowego Słoneczka’ obejrzałam, dowiedziałam się pewnych rzeczy. Pewnie Was samych ciekawość by zjadła  więc napiszę a co! Nowe Słoneczko mojego Ex jest 5 lat młodsze ode mnie, czyli 9 lat młodsze od samego Ex. Owe słoneczko posiada również dwu letniego syna. Zaskoczył mnie tym, myślałam, że nie ujawni ich związku w ten sposób bo i po co? Przecież dla niego fb to czysta komercja, portal nic nie wnoszący do życia człowieka, w ogóle przecież żałował, że założył tam konto. Nawet usunął wszystkich znajomych kiedy byliśmy jeszcze razem, zostawił tylko mnie i jakichś ze dwóch lepszych kolegów na liście bo jak twierdził ‘nic go to wszystko nie obchodzi, tylko głupie zaproszenia do gier wysyłają’ a teraz proszę! Czy mnie to zabolało? Może nie sam fakt, bo przecież wiedziałam, że się z nią spotyka, bardziej chyba zabolało mnie ‘polubienie’ tej zmiany przez niektórych naszych wspólnych znajomych. Drażni mnie to, że nikt nic nie mówi na temat naszego rozstania, tzn osoby z bliskiego otoczenia, znajomi z którymi się często widywaliśmy. Może nie chcą się wtrącać? Nie wiem ale wolałabym znać ich stosunek po tym wszystkim do mojej osoby, czy uważają, że źle zrobiłam, czy dobrze, czy jest im to obojętne. Musze być uczciwa i napisać, że są osoby, które właśnie w tym tygodniu się do mnie odezwały po bardzo długim czasie milczenia. No wiadomo jak jest, ludzie nie mają czasu, są zabiegani, kontakty się rozluźniają itd. Napisała do mnie koleżanka z którą poznał mnie Ex jak tylko zaczęliśmy się spotykać. W tamtym czasie jej mąż i Ex byli najlepszymi przyjaciółmi a w sumie my też się zaprzyjaźniłyśmy. Parę razy byliśmy razem na wakacjach, wspólne grille, imprezy. Od jakichś 4 lat kontakt się urwał, no jakoś tak wyszło w sumie z niczyjej winy, ale do sedna! W. zapytała się mnie co się z nami stało? Że jak to, przecież byliśmy razem prawie tyle co ona ze swoim mężem itd. Odpisałam jej szczerze, napisałam wszystko co się wydarzyło, jak było między mną a Ex i ku mojemu totalnemu zaskoczeniu, napisała mi, że czuła, że tak to było właśnie, że mam rację z tym, że kiedy się kogoś kocha to się o niego walczy. Napisała, że ona wraz z mężem i jeszcze inne osoby z tamtego otoczenia rozmawiali na nasz temat i wszyscy są ze mną. Napisała, że może sobie tylko próbować wyobrazić jak się teraz czuję i współczuje mi, że jest w szoku i myśli, że Ex się opamięta, ale ja już wtedy nie powinnam go przyjmować z powrotem. Ja wiem, że Ex nawet gdyby chciał teraz do mnie wrócić to nikomu się do tego nie przyzna, jego duma została zraniona, jego EGO zbyt mocno nadszarpnięte a poza tym on przecież ma swój honor, nie będzie za mną latał- tekst, który powtarzał do znudzenia od zawsze. Kurde, czuję, że ‘gadam’ jak potłuczona :| Później napisała do mnie jeszcze jedna koleżanka a następna odważyła się i zadzwoniła. Pogadałam z obydwiema tak jak z W. szczerze i od serca, okazało się, że one też rozumieją całą sytuację, nie oceniają mnie, tylko wspierają. Nie jesteście w stanie sobie wyobrazić jak bardzo mnie to zaskoczyło, to takie miłe uczucie, takie rzeczy właśnie sprawiają, że dni zaczynają stawać się trochę jaśniejsze. Fakt jest jednak taki, że tamtego dnia, moja wizyta na fb wytrąciła mnie w i tak zachwianej równowagi, popsuło mi to humor na cały dzień. Pojawiły się świeczki w oczach ale płaczu jako takiego nie było bo…

No właśnie i tutaj przejdziemy do tematu M. :) W komentarzu którymś do Mary pisałam, że list został wysłany. M. wrócił, przeczytał i napisał. Napisał a ja siedziałam przed kompem w pracy i bałam się otworzyć mrygające okienko gg. Serce waliło mi tak, że miałam wrażenie, że całe miasto je słyszy. To jest takie dziwne uczucie, ekscytacja sprawia, że uśmiech sam wkrada się na twarz i tak było. Odetchnęłam głęboko, żeby nabrać odwagi ale chyba też po to żeby się z deczka uspokoić i otworzyłam wiadomość :D Zareagował pozytywnie, ucieszył się, że napisałam, stwierdził, że i tak był pewny że prędzej czy później byśmy się do siebie odezwali. Pogadaliśmy trochę, On napisał co u Niego ja napisałam pobieżnie co u mnie, oczywiście ŻADNYCH szczegółów. No i tak sobie gadaliśmy przez te parę dni od czasu do czasu w sumie o pierdołach, kiedy któregoś pięknego dnia się Go zapytałam czy się w końcu spotkamy a on się zgodził i tak wyszło, że za niecały miesiąc jadę na spotkanie z M. Ciekawa jestem Waszej reakcji na tą nowinę. Mary? Sueno? Moniki reakcję już znam, kazała mi jechać i bawić się dobrze :* :D Taki mam zamiar, nie macie pojęcia jak bardzo nie mogę się doczekać dnia wyjazdu. Oczywiście sam fakt spotkania jest bardzo hmm nakręcający, ale ja nie mogę się doczekać po prostu tego, że stąd wyjadę. Nie będę musiała patrzeć na Ex przez trzy dni! Odetnę się całkowicie od tego bagna, przyrzekam sobie nawet przez minutę nie myśleć o tym co tu zostawiam. Chcę tam pojechać i wyłączyć się, nie martwić w końcu chociaż przez ten krótki czas. Miałam zamiar nawet wyłączyć telefon, żeby przypadkiem Ex do mnie nie zadzwonił z jakąś pierdołą jak to mu się teraz zdarza, ale nie mogę tak zrobić. Ojciec wie, że wyjeżdżam sama, daleko w Polskę, pewnie będzie się martwił i dzwonił więc tel zostanie włączony, poza tym muszę mieć kontakt z Moniką, bo komu będę się ekscytować całym tym spotkaniem? Przecież nie M. :P Musze się przyznać szczerze i bez bicia, że już żyję tym wyjazdem! On sprawia, że chodzę od rana z uśmiechem na gębie, dużo mniej myślę o całej sytuacji z Ex. O tym co będzie dalej, że sytuacja się nie rozwiązuje, kupca na mieszkanie nie ma i jest co raz gorzej, nie myślę o tym co będzie jak wrócę, teraz liczy się tylko przyszła sobota, ślub bliskiej mi osoby a później już tylko odliczanie i wyjazd :D M. chciał żebym napisała mu jak sobie wyobrażam nasze spotkanie ale ja nie chcę o tym myśleć, nie chcę robić sobie w głowie żadnych projekcji (chociaż nie powiem, żeby się nie zdarzyło :D) wolę zdać się na spontan, co będzie to będzie. To, że nie wyobrażam sobie jak to będzie, nie oznacza, że nie myślę o tym jaki jest M. jak zareaguje gdy mnie zobaczy, jedną rzecz wiem, wiem jak ja zareaguję, wiem co zrobię kiedy Go zobaczę. Ale Wam nie powiem :P HA! Może jak wrócę to opiszę cały ten wyjazd? Zapytam M. czy będzie miał coś przeciwko temu jeśli nie to dostaniecie całą relację jeśli chcecie oczywiście :D Podejrzewam tylko, że M. będzie chciał dostać adres bloga, na pewno będzie chciał, bo już chce :P W liście do Niego wspomniałam o tym blogu i o tym, że pojawił się tutaj no i już chciał adres, włazić tu i czytać. O nie! Nie ma opcji! Chyba nie chciałabym żeby to wszystko przeczytał :| tzn. miałam mówić to co myślę, to co czuję i robię to tutaj, ale czy byłabym w stanie powtórzyć mu to wszystko w realu? Teraz tak się nad tym zastanawiam, że… chyba tak. Pamiętacie pierwszy wpis dotyczący M.? To jak Wam przedstawiłam jego osobę i uczucia moje z Nim związane kiedyś i dziś? Ten fragment pokazałam ostatnio Robertowi- Echelonowemu bratu i stwierdził, że cudownie to opisałam. Tak myślę, co mogłoby się stać gdybym powiedziała to wszystko M.? Jedyne co to mógłby być zaskoczony, może moja szczerość mogłaby Go trochę przytłoczyć? Przestraszyć może? Napisałam mu, że kiedy się spotkamy to będę chciała z Nim rozmawiać, szczerze i o WSZYSTKIM. Powiedział, że mu się taka wizja podoba, więc może i adres bloga pozna? Jeśli sama powiem mu wszystko to co tutaj już jest napisane to co za problem. Tak, będziemy rozmawiać o wszystkim, w tym również o jego obecnej dziewczynie :P Wiecie chyba, że M. jest w związku, pisałam o tym kiedyś, Wspomniałam o tym podczas naszej ostatniej pisaniny na gadu, że o Jego dziewczynie też będę chciała rozmawiać i chyba się wkurzył, tzn. na pewno to podejrzewał, bo to przecież logiczne. Może się przestraszył trudnych pytań? Może myśli, że mam w stosunku do Niego jakieś wielkie oczekiwania, którym będzie zmuszony sprostać. A przecież nie mam, nic od Niego nie chcę więcej, niż szczerość. Z ręką na sercu przyznaję, że całe to spotkanie z M. i w ogóle rozmowy z Nim pomagają mi nie myśleć o gównie w którym tkwię. Jak mnie łapie dołek, zaczynam myśleć o wyjeździe i się uśmiecham :)

Kończąc temat M. mam do Was prośbę. Napiszcie co myślicie, podejrzewacie jak to się może skończyć? To moje spotkanie z M.? Ja wiem, że nie znacie mnie aż tak dobrze, nie znacie moich relacji z M. a Jego to już w ogóle nie znacie ale może uda Wam się przewidzieć coś co się wydarzy. Myślę, że to może być fajne doświadczenie, Wy napiszecie swoje domysły a ja je zweryfikuję i zobaczymy co wyjdzie :D

Teraz wrócę do początku notki, jak widać trochę pozytywnych wydarzeń u mnie i to jest dziwne, że nie umiem o tym pisać :| Kiedy dzieje się coś złego, mam jakieś doły, załamki, histerie to piszę bez problemu, wena jest i wszystko a kiedy jest tak jak teraz, że umysł jaśniejszy, pozytywne sprawy do opisania to ja nawet nie wiem jak zabrać się do napisania czegokolwiek. Nawet Wasze blogi zaniedbałam, co prawda wchodzę i czytam raczej na bieżąco ale z komentarzami już gorzej… Tak więc Mary- jeśli się nie odzywam, nie piszę, nie ma mnie to znak, że jest raczej lepiej niż gorzej. Jak by się źle działo to już dawno bym coś naskrobała, najęczała się za wszystkie czasy. Chyba lubię się użalać :P

Wymęczona ta notka, ale trochę faktów do przedstawienia się uzbierało więc napisałam. Poza tym to nie jest opowiadanie które musi być spójne, miłe dla oka, łatwe i przyjemne. To moje życiowe brednie, blog dla mojego użytku więc co ja się przejmuję :D

Pozdrawiam gorąco tych co tu zaglądają :* Buziaki dla Was, mam nadzieję, że następna notka pojawi się szybciej i będzie o wiele ‘mądrzejsza’ od tego co na górze ;)